odcinki  autorzy   newsy   sznurki   kontakt  forum  gestbuk

   
         
   

 

2006

-styczeń
-luty
-marzec
-kwiecień
-maj
-czerwiec
-wrzesień
 

 


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Odcinek 32: Firefly

 

Werner był szybszy i to o wiele. Po chwili dało się słyszeć głos:

-Ty.. ku*wa... gnój zajebał mojego bejzbola. Uważajcie. –Nagle drzwi się otworzyły i zapaliło się światło. Do pomieszczenia wszedł jakiś chłopak w białym kitlu. Dał noktowizory drechom i wyszedł. Werner cały czas stał pod ścianą i bawił się kijkiem. Drechy o dziwo nie rzuciły się na niego. Założyli noktowizory i czekali, aż światło zgaśnie. Zgasło.

-No młody.. teraz cię widzimy. – powiedział jeden zakładając kastet na rękę.

-Nie uciekniesz nam, oj nie. – w tym momencie następuje tak głupi i obrzydliwy śmiech wszystkich drechów, że wasz kochany, wspaniały, jedyny w swoim rodzaju, super fajny autor nie jest tego opisać słowami. W każdym bądź razie Wernera zaczęło to nudzić. Skoczył do sufitu, odbił się i wylądował za plecami jego nowych, elokwentnych przyjaciół. Kijek się przydał do wbijania im do głowy, że z Wernerem się nie zadziera. A jak Werner jest jeszcze zmodyfikowany genetycznie to już w ogóle. Drechy przytaknęły to paroma jęknięciami. Zaczęli się czołgać w stronę drzwi. Kiepsko im to szło. Krwawa smuga na metalowej podłodze wskazywała na to, że Werner trochę przesadził. Nagle Werener poczuł, że coś się dzieje. Jakiś syk, stuknięcie. Ruch powietrza, drganie. Werner rozejrzał się i dostrzegł, że zza kratki wentylacyjnej do pomieszczenia wlatuje jakiś gaz. Drzwi się nie otwierały. Szarpnął mocniej. Nic. Uderzył w nie z całej siły. Głębokie wgniecenie w metalowej powierzchni. Nie obluzowało to jednak zawiasów.

-Cholera. – parę minut później spędzonych wśród jęków drechów (cudem doczołgali się pod drzwi. Werner był dla nich pełen podziwu.) Gazu było już tak dużo, że Werner nie mógł w ogóle oddychać i zmuszony był wstrzymać oddech. Ale jak długo był w stanie wytrzymać. Co się stanie jeśli nie wytrzyma? Koledzy pod drzwiami już spali. Werner ciągnął ostatkiem sił. Musiał odetchnąć. Wziął głęboki wdech. Poczuł jak gęsty gaz wypełnia jego płuca po brzegi, a potem wylatuje ustępując miejsca następnej porcji. Werner czuł jak jego płuca walczą z nieprzyjemną substancją. Jak starają się odfiltrować tlen.  Ku zdziwieniu Wernera mógł oddychać w miarę normalnie. Nie było to przyjemne, ale dało się. To czemu drechy śpią? A może są sparaliżowani? Werner podszedł bliżej. Kopnął jednego w nogę. Sztywno. Nagle włączył się wywietrznik. Chmura gazu została wessana. Werner wypuścił z płuc ostatnią dawkę trucizny. Był zachwycony i zarazem zszokowany. Jakim cudem jego ciało było tak wytrzymałe i odporne na truciznę? Światło się włączyło. Źrenice Wernera dostosowały się momentalnie. Do sali weszło trzech facetów w kitlach. Wynieśli drechów. Następnie do sali wszedł facet z czymś co wyglądało na miotacz płomieni i kombinezon ognioodporny.

-A co to jest? – spytał się uprzejmie Werner.

-Miotacz płomieni. – odparł spokojnie mężczyzna. Zamknął drzwi i wyjął zapalniczkę. Nastąpiło buchnięcie zapalającego się gazu. Werner stał nieruchomo. Mężczyzna podszedł bliżej.

-A co pan ma zamiar zrobić? – mężczyzna nie odpowiedział, tylko nacisnął spust. Płomień buchnął prosto w Wernera. Zdążył uskoczyć. Za drugim razem już się nie udało.

Salę wypełniły wrzaski palonego Wernera. Zaczął tarzać się po ziemi. Mężczyzna wyłączył miotacz i wyszedł. Pozostawiając Wernera samego wrzeszczącego i tarzającego się w płomieniach po podłodze. W końcu płomienie znikły. Werner nie mógł się ruszyć. Nie mógł myśleć. Nie mógł zrobić nic. Tak bardzo go bolało. Za to czuł wiele. O dużo za dużo. Czuł jakby coś wysysało go od środka przez skórę na powierzchni całego ciała. Leżał tak w bezruchu piętnaście minut. Ból o dziwo minął. Ale nie mógł się ruszyć. Skupił całą swoja wolę na podniesieniu ręki. Nie warto było. Ból był tak wielki, że aż niewyobrażalny. Dziesięć minut później spróbował jeszcze raz. Nic nie czuł. Za to zobaczył. Zobaczył jak bąble po oparzeniach na jego skórze znikają...


Odcinek 33: I know you’re pretty

To było nieprawdopodobne. Werner siedział teraz spokojnie w laboratorium. Dali mu nowe ubranie, podczepili parę diod i powiedzieli by się nie ruszał. Traktowali go jak zabawkę. Werner już wcześniej leżąc poparzonym postanowił coś z tym zrobić. Albo ucieknie, albo wysadzi ośrodek w powietrze.
Nie wiedział jeszcze co to będzie, ale wielkie pieerdut już miał w planach. Do sali wparadował Leppiej. -Noo Wernerku mój kochany. Dałeś czadu niczym Rasiak na boisku.
– Leppiej roześmiał się tak, że aż probówki się zatrzęsły. Od razu podbiegł jakiś doktorek w białym kitlu i okularkach.
-Co pan wyprawia?! – zaskrzeczał – chce pan aby probówki z serum się potłukły? To niedopuszczalne. Jeszcze raz tak pan wybuchnie i będzie pan musiał opuścić pomieszczenie!
-Dobra dobra... uspokój się Konstanty. Przecież nic się nie stało... –Czerwień powoli znikała z twarzy Konstantego. Jednak pojawiła się inna czerwień. Zaczął wyć alarm. U sufitu włączył się czerwony stroboskop. Przez głośniki zaczął lecieć komunikat.
-Na terenie ośrodka znajduje się intruz! Proszę pozostać w pomieszczeniach!
-O żesz kur...! – Leppiej wybiegł z laboratorium, a Konstanty przerażony rzucił się na podłogę. Inni pracownicy siedzieli pod ścianą. Werner siedział dalej na stołku zdziwiony tym co się dzieje wokół. Za drzwiami było słychać strzały, od czasu do czasu jakiś wybuch i okrzyki ochrony.
-Aaaaghr... ugryzło mnie w udo... – Kolejny wybuch i wrzask rozpaczy: Nieeee, tylko nie za jajaaa.. nieeeeee..... – nastąpiła chwila ciszy. Ktoś przebiegł za drzwiami. Werner stanął obok nich, żeby rzucić się na intruza jak wejdzie do pomieszczenia. Cisza... po chwili przerwał ją Konstanty puszczając bąka... Nagle drzwi do laboratorium otworzyły się i do środka wbiegła grupka ochroniarzy.
-Zabarykadujemy się. Zatrzasnąć drzwi! Poprzewracać stoły. Być w ciągłym pogotowiu. To coś zaraz tu będzie. Jeden z ochroniarzy był tak przestraszony, że po spodniach pociekła mu żółta stróżka. Siedział teraz w tej kałuży i jęczał coś o jakiejś bestii z piekieł. Że siły ciemności nadchodzą i nic ich już nie uratuje. W końcu przystawił sobie pistolet do głowy, mówiąc że nie chce ginąć z ręki tego czegoś. Werner zabrał mu pistolet.
-I tak byś pewnie spudłował. Rzucił pistolet gdzieś pod ścianę. Teraz pozostało im tylko czekać. Ciszę przerywał tylko od czasu do czasu jakieś szlochanie dobiegające spod ściany gdzie siedział personel laboratorium. W pewnej chwili wszystko się uciszyło. Jakby zatrzymał się czas. Krople potu spływały z czół ochroniarzy. Jedna... dwie... trzy... cztery... pięć sekund... i nic. Nagle coś walnęło w drzwi.
-Spokojnie. Drzwi są pancerne. Trochę czasu zajmie temu czemuś zanim się tu dostanie. – w tym momencie nastąpiło drugie uderzenia, a w drzwiach wielkie wybrzuszenie.
-Oł szit!
-Pancerne powiadasz... – powiedział z politowaniem Werner. W całym pomieszczeniu rozległy się jęki rozpaczy. Drzwi były już w kiepskim stanie. To coś ciągle w nie waliło.
-Dobra.. przygotować się. Zaraz dostanie się do pomieszczenia. – Dziesiątka ochroniarzy przeładowała broń. Byli świadomi, że to będzie najgorszy dzień ich życia.


Odcinek 34: RPG Episode

Drzwi były już prawie wyrwane z zawiasów, a Werner nadal nie mógł dojrzeć co się tak dobija. Coś jednak mu mówiło, że to coś przyszło po niego. Ten słynny, Wernerowski, szósty zmysł, który zawsze pomagał w znalezieniu najlepszego Pokemona w paczce Lays.
-Zaraz się tu menda dostanie! Przygotować zapasowe magazynki i przeżegnać się. Dobrze chłopcy się z wami pracowało. - wszyscy wzruszeni wypowiedzią dowódcy rozpłakali się. W tym samym czasie drzwi wypadły z zawiasów i upadły z głośnym pieeerdut. Coś czaiło się w kłębach dymu. Nastąpiła cisza. Nagle do pomieszczenia wskoczył wielki, granatowo zielony piżmowiec liczący sobie co najmniej ze dwa i pół metra wzrostu. Na piersi ( o ile to zwisające coś to była pierś – Werner wolał się nie domyślać co to innego może być) założony był T-shirt z napisem: GIERTYCH RZONDZI. Zaraz zanim wbiegła pół naga Zyta Gilowska.

MG: Ty i twoja drużyna złożona z 10 wojowników stanęliście przed trydnym zadaniem. Musicie pokonać te dwa potwory, które wyłoniły się z wrót piekieł za sprawą „Evil masła orzechowego” – największego artefaktu naszych czasów, który wpadł w niepowołane ręce Pana Zenka.
Zdania:
-Pokonać potwory.
-Zlokalizować Największegoobszczymurkaosiedlazpodbudkizpiwem zwanego w skrócie Evil Mistrzem ZEN(kiem)
-Odebrać mu „Evil Masło Orzechowe” i zneutralizować jego moc. Powodzenia!

Werner nie zastanawiając się wiele wyjął swojego „Gumowego Kurczaka +30 ataku” i rzucił się na „Piżmowca HP 276”. Ten jednak przewyższał go szybkością o jakieś 4 punkty. Gumowy Kurczak zawiódł. W międzyczasie Drużyna Pierścienia atakowała Mhrroczną Zytę.
„Spedalony Atak Zbiorczy” jednak na nią nie podziałał. Założyła „Stringi + 70 mocy” i uderzyła w nich „fireballem”. Drużyna Pierścienia rozpadła się. Biedny Ferdynand został sam na placu boju czekając na atak Zyty, która była coraz bliżej.
W tym momencie Werner krzyknął:
-MG! Co jest do cholery? Teraz jest moja tura. – i rzucił K20. Wypadło 17, czyli tyle ile miało wypaść. Wyjął zza pleców „Gumowy Wycior Do Klozetów odbierający przeciwnikowi 20% HP” i rzucił nim w Zytę. Jako że współczynnik szczęścia miał nadzwyczaj wysoki trafił w prawą pierś, czyli w najczulsze miejsce potwora. (syn jej odgryzł gdy go karmiła piersią, od tamtej pory ma implant).

MG: Zyta wpada w panikę po ataku Wernera. Możliwość ataku krytycznego.

Ferdynand nie mógł przegapić takiej okazji. Rzucił się na nią wbijając kły prosto w tętnice. I to był jego błąd. Krew Zyty jest trująca.

MG: Ferdynand umiera. Krew Zyty zaczyna powoli zalewać pomieszczenie. Macie cztery tury na opuszczenie laboratorium, inaczej wszyscy zginiecie...

   
   

copyright- imperfect_cry@wp.pl
Stronę najlepiej oglądać w rozdzielczości 1024x768 albo (najlepiej-zalecane) wyższej