| |
|
2006
-styczeń
-luty
-marzec
-kwiecień
-maj
-czerwiec
-wrzesień
|
Odcinek 17: Wagon restauracyjny
Werner odwrócił się i ruszył biegiem przez wagon, zostawiając babcię samą.
Babcia się tym zbytnio nie przejęła i poszła sobie pozwiedzać świat. Dawno
nie jechała pociągiem. Ostatnim razem jak wywozili ją na Kaukaz za
szpiegostwo. Wspaniałe wspomnienia. Babcia do tej pory chichotała na myśl o
tym przystojnym Rosjaninie, co jej pilnował. A jak wspaniale całował. Babcia
Leokadia zarumieniła się, co z jej cerą było niezwykłym wyczynem. Rozejrzała
się czy nikt jej nie widzi i pobiegła (jakoś) przed siebie. Tymczasem Werner
dobiegał już do wagonu restauracyjnego. W przejściu wpadł na znajomego
konduktora wychodzącego z toalety zapinając rozporek. Widocznie też usłyszał
krzyk i śpieszył się jak Werner. W wagonie restauracyjnym było niemałe
zamieszanie. Ludzie mają taką tendencje, że jak coś się dzieje (czyt. komuś
dzieje się jakaś krzywda) to zaraz się rzucają na miejsce zdarzenia. I wcale
nie z chęci pomocy ( z tej chęci tylko Werner przybiega) ale z ciekawości
kto był na tyle głupi, żeby sobie zrobić, to co zrobił. Tym razem jak się
okazało na podłodze leżał dość tęgi mężczyzna z siwą brodą i łysiną. Nad nim
stała jakaś pani w mini, pończochach, czymś przypominającym top, tylko, że
więcej odkrywało niż zakrywało. Cały strój tej pani uzupełniały tony
makijażu. Przypuszczać można było, że biznesmen wynajął sobie panią lekkich
obyczajów, żeby mu się nie nudziło w czasie długiej podróży pociągiem.
Werner zaczynał powoli lubić PKP... tyle różnych osobowości można spotkać.
Zastanawiające jednak było to jakim cudem ten mężczyzna trafił na podłogę i
czemu się nie ruszał. Werner podszedł bliżej, aż do samego mężczyzny.
-Chłopcze!!! Odsuń się od niego... – powiedziała jakaś w miarę przytomna
kobieta. Werner ją zignorował. Podszedł bliżej i spostrzegł, że coś mu
chlupocze pod stopami. Spojrzał w dół i zauważył, że wykładzina jest
nasiąknięta czerwoną substancją i to na pewno nie było wino. Werner wzrokiem
poszukał konduktora, ale ten zmył się prędko chcąc uniknąć kłopotu. Choć
możliwe było także, że szukał kogoś z telefonem, żeby zadzwonić na policję i
poprosić o wytyczne. Ku przerażeniu ludzi stojących w około Werner uklęknął
nad ciałem i odwrócił je na plecy, żeby lepiej obejrzeć ranę. Ludzie nie
mogli pojąc tego co się dzieje. Jakiś młody chłopak przebrany za księdza
zajmuje się trupem, a nad nimi stoi przerażona prostytutka. Jak się okazało
mężczyźnie został wbity widelec w tętnicę udową. Stąd tyle krwi i szybka
śmierć przez wykrwawienie.
-Chłopcze... możesz się już odsunąć od ciała. – Werner odwrócił głowę w
stronę ludzi. Okazało się, że słowa te wypowiedział ksiądz, który właśnie
przepychał się do Wernera. Kiedy ta sztuka mu się udała, stanął na środku i
się przedstawił.
-Jestem ksiądz Andrzej Andrzejewski. Proszę się odsunąć od trupa. – Ludzie
jak zahipnotyzowani odsunęli się od razu. Ksiądz przystąpił do oględzin,
podczas których to Werner uważnie się przyglądał księdzu. Ksiądz Andrzej
wstał i rozejrzał się po ludziach.
-Wie ktoś kto to zrobił? Na pewno ktoś widział co się stało. Więc? – Nikt
nic nie odpowiedział. Ksiądz spojrzał na Wernera, ten zdawał się być nie
zainteresowany już poczynaniami księdza.
-Dobrze.. czyli nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał i nikt nic nie
powie... no dobrze. Czyli nie dowiemy się kto zabił tego pana. W takim razie
proponuje rozejść się do swoich przedziałów. – tutaj wkroczył Werner, bo
zauważył, że ludzie na prawdę chcą się rozejść do swoich przedziałów.
-Proszę nie ruszać się z miejsc. Wszystko powinno zostać tak jak jest, bo
potem trudniej będzie dociec winnego. –Ludzi wydali się być oburzeni.
-Ale chłopcze, przecież nie wiemy kto zabił. –Werner popatrzył na mówiącego
do niego księdza.
-Jak to nie wiemy? Ależ oczywiście, że wiemy kto zabił. To ta pani. – Werner
wskazał palcem na prostytutkę.
Odcinek 16: Zaginiona
Dworzec Łódź Kaliska. Nie to co Dworzec centralny w Warszawie, ale też
całkiem fajna sprawa. W szczególności jak babcia Leokadia siedzi w toalecie
ze sraczką, a pociąg wjeżdża już na peron. Bieg poprzez tłum. Oczywiście
tylko Werner pamiętał o babci i systematycznie popychał ją w stronę pociągu,
jednocześnie tachając wszystkie bagaże. Bo po co mu pomagać biedaczkowi.
Werner nie wiedział czemu ale ciągle zdawało mu się jakoby społeczeństwo
dworcowe patrzyło się ciągle na niego i śmiało się. Wyrzucił tę myśl ze
swojej głowy. Wsiadł do pociągu. Pociąg powoli zaczął ruszać. Pomachał
rodzicom stojącym na dziwnie zadowolonych. Czyżby dlatego, że w końcu
pozbyli się go? Nieee, to nie mogło być to. Werner wszedł do swojego
przedziału i postawił bagaż na półce. Usiadł. Popatrzył się na dwie osoby
siedzące naprzeciwko. I wtedy do niego dotarło. Pociąg jechał już całkiem
szybko, a babci nie było w przedziale. Wyskoczył jak torpeda z przedziału,
ku zdumieniu współpasażerów. Tylko gdzie mogła być babcia? Na korytarzu jej
nie było. Inne przedziały? Nie to niemożliwe. Kto by ją wpuścił do swojego
przedziału? Więc gdzie była? Odpowiedź prosta. W innym wagonie. Tylko jak
się tam dostać by konduktor nie zauważył? Może po prostu przejść tymi
drzwiami na końcu? No dobra... ciągniemy za klameczkę, drzwi się otwierają,
Werner wchodzi. Spogląda w dół. Przerwa między wagonami. Gdzieś tam niżej
migają tory. Otwieramy drugie drzwi i przechodzimy. Łatwizna. I w tym
momencie Wernera za ramię złapał konduktor.
-A ty chłopcze, co tu kombinujesz? Wiesz, że przechodzenie między wagonami w
czasie jazdy jest zabronione? – Werner z lekka się speszył.
-Tak wiem, ale ja babci szukam bo widzi pan.. jak wsiadaliśmy to
babcia...-Konduktor uciszył Wernera ruchem ręki.
-Babci powiadasz? No to w takim razie chodź ze mną. – Werner ruszył za
konduktorem, nie wiedząc czego on chce. Przeszli dwa wagony i doszli do
jakiegoś przedziału. A tam ku zdziwieniu Wernera była babcia i trójka
skulonych w przerażeniu pasażerów.
-Dziękuję za odnalezienie babci, ale mam jedno pytanie. Co oni robią? –
wskazał palcem na pasażerów przedziału.
-Oni odsuwają się od pańskiej babci. – Werner pomyślał chwilę.
-To co ona zrobiła? – konduktor popatrzył na Wernera z prawdziwym smutkiem w
oczach
-Lepiej zabierz chłopcze babcie do swojego przedziału. Bo następnym razem
będziemy zmuszeni ją wysadzić. – Werner zastanawiał się co mogła zrobić
babcia, ale tym czasem postanowił zabrać ją do jej przedziału. Odpowiedź na
to co zrobiła babcia pojawiła się sama, bo babcia w drodze do przedziału
gdzieś znikła. Werner odwrócił się i przeszukał parę przedziałów, aż w końcu
znalazł babcię przyczepioną do jakiegoś mężczyzny. Ku przerażeniu Wernera i
owego mężczyzny babcia go całowała. Przynajmniej tak się zdawało Wernerowi w
pierwszej chwili. Doskoczył do babci i zaczął ciągnąć ją do tyłu.
-A się zassała cholera jedna. – Werner uśmiechnął się do reszty pasażerów
przedziału.
-Paaanie no zabierz pan tego potwora ode mnie!!!! – Wykrzyczał mężczyzna
spod babci, gdy do przedziału wszedł konduktor.
-To znowu wy zamieszanie robicie? Mówiłem chyba, że was wysadzę jak coś
takiego znowu się powtórzy!! – Werner popatrzył z wyrzutem na konduktora
-No nie widzi pan, że się przyssała? Pomógł by pan lepiej ją oderwać. –
Konduktor się speszył, ale postanowił pomóc i pociągnął Wernera razem z
babcią do tyłu. Babcia była najwyraźniej niezadowolona, ty co uczynili.
Kilka minut później Werner prowadził babcię za rękę do przedziału. Jakiś
krzyk z oddali oznajmił mu, że to będzie baardzo długa podróż pociągiem.
Odcinek 15: Wyjazd
Werner nawet nie przypuszczał może nastąpić taki dzień, kiedy będzie robił
wszystko by pójść do szkoły. Tylko cholera nic nie skutkowało. Bombonierka
została skonsumowana przez rodziców i nawet nie podziękowali, o wybaczaniu
już nie wspominając. Cały dom lśni, naczynia jeszcze nigdy nie były tak
czyste. Jak można być tak niegodziwym dla własnego syna. Werner nawet przez
pewien czas zastanawiał się czy nie może zaskarżyć swoich rodziców o
nadużycie władzy rodzicielskiej i znęcanie się nad wychowankiem. Porzucił
jednak ten pomysł. W końcu był od rodziców całkowicie zależny finansowo. W
końcu przyszło się pogodzić z losem i obejrzeć w Internecie gdzie przyjdzie
spędzić Wernerowi najbliższe tygodnie. Sanatorium w Wiśle. Na pierwszy rzut
oka nic specjalnego. Ale może Małysza się spotka kiedyś przypadkiem. Nie no
nie będzie tak źle. Jednak myśl o babci zniszczyła wszystkie nadzieje. Na
sto procent będzie źle. Dzień przed wyjazdem przypomniało mu się, że nie wie
jak tam się dostanie.
-Tato? Ty nas zawieziesz do tej Wisły? – ojciec popatrzył na syna jak na
głupiego
-No ty chyba chory jesteś?! Nie mam co robić tylko jechać przez pół Polski.
Pociągiem pojedziecie. Chyba nie jesteś tak głupi żebyś sobie rady nie dał.
Zresztą będziesz z babcią, a jak zaginiecie to nie będzie to nawet takie
złe. – uśmiechnął się złośliwie do syna. Ten jednak właśnie zapadał się pod
ziemię, gdzie miał rozplanować wszystkie możliwe metody samobójstwa.
Podcinanie żył odpada z powodu braku silnej woli u Wernera. Prędzej by
zemdlał niżby to zrobił. Wieszanie tez odpada, bo zanim by się podczepił
żyrandola to by go rodzice ściągnęli. Jedyny żyrandol znajdował się w
salonie. Trzeba jednak będzie jechać z babcią Leokadią. Przed oczami Wernera
pojawiła się wizja siedzenia w jednym przedziale, naprzeciwko niej przez
kilka godzin. Przecież jeśli nie zemdlejesz z powodu odoru, którego babcia
Leokadia posiada aż nadto, to i tak ona jest zdolna do uśmiercenia cię na
dwadzieścia innych różnych metod. Jak na złość Werner nie mógł spakować
maski przeciwgazowej z dość prozaicznej przyczyny. Nie posiadał takowej. Tak
więc do wspaniałej czarnej torby Pumy (paradoksalnie jak w innych krajach
Puma jest tania to w Polsce jest cholernie droga. Werner uważał, że to
dlatego iż polska reprezentacja w piłce nożnej gra w Pumie, a on nogi nie
lubił. Jaki wkurzony był gdy mu wujek na gwiazdkę kupił tą torbę, a miała
być wieża) Werner spakował masę czarnych ubrań (w końcu nie może się z tłumu
wyróżniać), pełno płyt z muzyką metalową różnego rodzaju i książkę „Młot na
czarownice” –dobra literatura zawsze się przyda. Tak wyszykowany Werner
następnego dnia pojechał z rodzicami do babci spakować ją i zabrać
podróżnych na dworzec. Ojciec z Wernerem nie chcieli wchodzić do mieszkania
babci i mimo usilnych przekonywań matki nie dali się wyciągnąć z samochodu
co zrozumiałe. Werner chciał jak najbardziej odwlec spotkanie z babcią.
Godzinę później przed klatką schodową pojawiła się babcia Leokadia, cała
szczęśliwa (Werner poznał to po ślinie kapiącej na chodnik). Babcia
podbiegła do auta o mało nie wybijając szyby laską i nie urywając lusterka.
Chwile potem pojawiła się matka i babcia zaczęła szturmować drzwi. Kiedy
Werner zauważył, że seniorka chce usadowić się koło niego na tylnim
siedzeniu zatrzasnął jej drzwi przed nosem i nie puszczał. Babcia długo
szarpała się z wnukiem do momentu, kiedy zainterweniował ojciec. Kiedy już
wszyscy siedzieli na swoich miejscach, prócz Wernera bo on w sześćdziesięciu
procentach wystawał przez okno i starał się złapać powietrze, ojciec ruszył
na dworzec. A Werner psychicznie przygotowywał się na nieuniknioną traumę.
Odcinek 14: Dzwonek do drzwi
Mimo dziesięciominutowego stania w męskiej toalecie rękaw nadal był
czerwony. Teraz może nawet bardziej niż wcześniej. Przywada rozejrzał się po
pomieszczeniu. Pisuarów jak nie było za jego czasów, tak nadal nie było.
Jedyne co się zmieniło to deska klozetowa. Przywada w życiu by na tym nie
usiadł. Kiedy zobaczył kątem oka wnętrze muszli zaczął zastanawiać się czy
ma jeszcze gdzieś te telefony do Sanepidu. Parę godzin przesłuchań nic nie
dało. Większość uczniów była w szkole, albo nie mogła być na lekcjach, co
potwierdzili rodzice. Jedynie grupka uczniów zaginęła gdzieś miedzy blokami.
Po 20 minutach kilku funkcjonariuszy znalazło ich cieszących się urokiem
trawki. I kolejne niewyjaśnione morderstwo w przeciągu tygodnia. Metoda nie
wskazywała na seryjnego zabójcę. Jedynie dobór ofiar i Werner. Wszędzie się
kręcił cholera. Przywada zapiął rozporek. To nie na jego głowę. Łapał
szajbusów, bił się z mięśniakami o głowę większymi od siebie, widział
faceta, który wyrąbał mieszkańców swojej klatki schodowej, bo mu zapach na
klatce się nie podobał. W sumie Przywadę tez to denerwowało i nie dziwił się
tamtemu facetowi. A teraz już drugie zabójstwo, w którym za cholerę nie wie
o co chodzi. Chyba napisze raport i pójdzie się upić, a następnego dnia
przyjdzie do pracy jak gdyby nigdy nic. Wychodząc ze szkoły spotkał Wernera.
Ten skłonił się nisko i popędził do tramwaju. Nagle Przywadę coś zmartwiło.
Teraz dopiero wybuchnie panika w mieście.
***
-Weeeeerneeeeeeeer!!!!!!!! Gdzieś ty się szlajał?!?! Pięć godzin temu
skończyłeś lekcję!!! – Werner kręcił kółka noga i patrzył gdzieś na ścianę.
-Włącz telewizor to się dowiesz. Powinny lecieć teraz jakieś wiadomości. –
matka popatrzyła zdziwiona na Wernera, a ojciec bez wyglądania zza gazety
włączył telewizor. Wiadomości były faktycznie.
-No i o co ci chodzi? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zabiłeś kogoś?
-Nie no.. o co mnie mama oskarżasz, no wiesz? Wstyd! – Werner spojrzał na
ekran – o patrz teraz. – Prezenterka coś mówiła i nagle w obiektywie kamery
pojawił się Werner z jakimś mężczyzną. Prezenterka zatrzymała mężczyznę,
który pożegnał się z Wernerem i odwrócił się do kamery.
-Właśnie rozmawiamy z komisarzem Przywadą. Czy może pan powiedzieć coś o
szczegółach zbrodni? – powiedziała prezenterka i rodzice dalej już nie
słuchali.
-Werner. Co ty do jasnej cholery robiłeś z komisarzem łódzkiej policji na
miejscu zbrodni? – Niewinna mina Wernera
-No poznałem jak prowadził dochodzenie u mnie w szkole. –spojrzenie rodziców
na siebie
-A co ty robiłeś w VIII LO?
-No skończyłem wcześniej lekcje to pojechałem pogadać z Tom’ashem. Nic
specjalnego. Przypadek. – w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Poczekaj, pójdę otworzyć, a potem z ojcem wymyślimy ci jakąś karę. – Werner
popatrzył na ojca szukając jakiegoś wsparcia. Ojciec pokiwał tylko głową.
Nie rozumiał za co niby miał dostać karę. Trzy minuty później wróciła matka.
-Kto to był? – spytał się ojciec.
-Listonosz. Nie uwierzycie co przyniósł. – Werner z tatą spojrzeli pytająco
na mamę – babcia Leokadia wygrała dwutygodniowy pobyt w sanatorium, a ja
chyba już wiem jaka będzie kara dla Wernera. –Werner pomyślał chwilę...
-Nie no... chwila.. co ty chcesz zrobić? Chyba nie to, co myślę?
-Pojedziesz i zaopiekujesz się babcią synek...
-O bosz...
Odcinek 13: Rękaw
Werner w sumie za bardzo się nie zdziwił widząc Przywadę w ósmym liceum.
Ostatnio widział wiele różnych, dziwnych rzeczy, których nawet w filmach nie
zobaczysz. No bo kto chciałby kręcić film o takich sprawach(stanowcze
spojrzenie na autora).
-Werner... a ty w szkole być nie powinieneś?
-No ja panie komisarzu byłem. Lekcje skończyłem wcześniej. Wie pan komisarz
co ostatnio w szkole się dzieje. Nauczycielki na urlopach.. takie tam. Więc
postanowiłem odwiedzić Tom’asha skoro czas miałem. Przychodzę tutaj i nas
zamknęliście. Ale rozumiem pana. Też bym się wkurzał gdybym ciągle siebie
widział. Lustra unikam. – zniewalający uśmiech. Przywadę ten dzieciak
dołował. Był niebezpieczny dla otoczenia. I faktycznie irytujący. Nawet
bardziej od wszystkich tych drechów i skejtów, którymi Przywada gardził ile
wlezie. Ale ci przynajmniej trzymali się od niego z daleka. No ale nareszcie
nadszedł czas na wszczęcie obowiązków służbowych.
-Dobra.. nie wiem czy już wiecie, ale jestem tu bo ktoś zabił dyrektorkę
waszej szkoły. I mam do was parę pytań. – Prawie cała klasa nagle ucichła, a
zaraz potem pobladła. Kilka dziewczyn zdawało się tak zblednąć, jakby ktoś
je specjalnie pomalował. Przywada spojrzał się po twarzach. Wszyscy patrzyli
na Przywadę prócz 3 osób. Tom’asha, który kończył już bułę i coś
przepisywał, kolegi z ławki Tom’asha, który zdawał się nad czymś mocno
zastanawiać i Wernera, który siedział na ławce i majdał nogami we wszystkie
strony. Wstał i wyrzucił folijkę od bułki. Nauczycielka przy biurku,
patrzyła jak zahipnotyzowana w jakiś punkt poza światem.
-Zacząłem od waszej klasy bo jest pierwsza na liście, a nie dlatego, że
podejrzewam kogoś z was, więc się nie martwcie – kurde... nie umiał mówić do
młodzieży. Ta zawsze zdawała się słyszeć to co chciała. I z jego zdania
usłyszeli chyba tylko” podejrzewam kogoś z was”, bo nagle rozpoczęła się
jakaś dyskusja w kilku ławkach. Parę zdań usłyszał. I chyba tylko jedno nie
było na temat. A mianowicie kolega Tom’asha (w sumie co to za imiona teraz
dzieciom dają, nie może być jak kiedyś Krzysztof albo coś innego
klasycznego? Nie.. zawsze każdy chce być fajny i potem wychodzą takie
mutanty) pytał się go skąd zna Wernera i skąd Werner zna komisarza.
-Więc moje pierwsze pytanie: kogo nie ma dzisiaj w szkole. Musimy zadzwonić
do rodziców, i drugie..- w tym momencie obudziła się nauczycielka z transu.
-Dzisiaj są wszyscy.
-Cud!!- dało się usłyszeć gdzieś z okolic ławki tego Tom’asha. Chłopak
zdawał się mieć albo silne nerwy, albo baaardzo nie lubił dyrektorki i nawet
cieszył się z jej śmierci.
-To nie ja.- powiedział nie podnosząc wzroku znad zeszytu. Jakby wiedział co
Przywada myśli. Zbiło go to trochę z tropu.
-Eee drugie pytanie. Czy ktoś wie o kimś kto źle mówił o dyrektorce?
–cisza... można się było spodziewać.
-Mam powtórzyć pytanie?- popatrzył na klasę – a może ktoś chce porozmawiać
ze mną na osobności? – znowu nic.
-Nie widzi pan, że są zaskoczeni i zestresowani? Wszyscy od rana siedzą w
szkole. Żadne z nich nie mogło zabić dyrektorki w drodze do szkoły, bo po
pierwsze uwaliliby się krwią, a po drugie... eee no nie wiem.. ale to nie
oni.- kolejny uśmiech Wernera. Przywada przeanalizował wypowiedź Wernera.
-Skąd wiesz, że na miejscu była krew? – Werner zdziwiony popatrzył na
Przywadę.
-Niech pan spojrzy na swój rękaw...- Przywada zerknął i przypomniało mu się
jak opierał się o śmietnik. Teraz rękaw był cały zabrudzony zaschniętą
krwią. Kur... teraz będzie trudno to sprać... Przywada pokiwał głową...
Odcinek 12: VIII LO
Przywada wszedł przez bramę na teren szkoły. Nic się nie zmieniła. Rudera
wyglądała tak samo, a może nawet i bardziej obleśnie. Drzwi do budynku
znajdowały się po prawej stronie. Zaraz po wejściu nozdrza Przywady spotkały
się z dziwnym zapachem. Sekretariat o ile pamiętał znajdował się na
parterze, zaraz po lewej stronie. Wszedł bez pukania. Policjanci zostali
przed drzwiami. W środku coś komisarzowi nie pasowało. Czy mogły to być
spojrzenia sekretarek, czy może bałagan tam panujący. Po krótkim namyśle
doszedł do wniosku, że jedyne, co go może niepokoić to obecność w tym
sekretariacie Wernera Cormwella, ucznia I LO. W I LO zabito dyrektora, teraz
zabito dyrektorkę w VIII LO i znowu spotkał Wernera. Ten chłopak go bardzo
niepokoił, a jednocześnie budził sympatię. Może dlatego, że był taki jak sam
Przywada, kiedy chodził do liceum? Czyli, młody i gniewny, mający wszystko
w.... gdzieś.
-Witam pana komisarza – powitał go promienisty uśmiech Wernera.
-Komisarza?- sekretarka spojrzała przerażona na nowoprzybyłego mężczyznę, a
zaraz potem na dziwnie ubranego chłopaka, który dyskutował z nią od paru
minut.
-Komisarz Przywada z dochodzeniówki. Przyszedłem w sprawie pani dyrektor. –Werner
wydawał się nie być wcale zainteresowany obecnością komisarza w tym liceum
-To powie mi pani, gdzie ma teraz lekcje klasa zero?
-Plan lekcji jest wywieszony na schodach, możesz sobie iść zobaczyć.- Werner
uśmiechnął się znów i wyszedł z sekretariatu kiwając głową w stronę
komisarza.
-Co on tu robił?- zwrócił się do sekretarki, druga cały czas wklepywała coś
w komputer.
-Nie mam pojęcia. Ten chłopiec przyszedł tu parę minut temu i się wypytywał
o klasę zero.- Przywada zamyślił się, ale nie mógł dojść, co wspólnego z tą
szkołą ma Werner.
-Proszę zamknąć wszystkie wyjścia w szkole.- Przywada zrobił groźną minę.
-Ale dlaczego?
-Jak to dlaczego? Będziemy przesłuchiwać, a pani dyrektor będzie się temu
przyglądać zza światów. – sekretarki popatrzyły na siebie i na komisarza. W
końcu do niech dotarło, a komisarz się uśmiechnął.
-To do roboty, do roboty. Chce być w domu na obiad.
***
Przywada zaczął przesłuchiwania według listy klas. Na pierwszym miejscu była
klasa zero, czyli ta, o którą dopytywał się Werner. Klasa nr 26, na samej
górze. Kiedyś to była jego klasa. Ponoć kiedyś była tutaj szkoła
pielęgniarska. Wszyscy uczniowie zostali oddelegowani do swoich klas. Ale
gdzie podział się Werner? Powinien być w tej klasie, skoro miał tutaj jakiś
interes. Przywada wszedł do środka. Rozejrzał się. Prócz nauczycielki i
trzydziestki dziwnie wyglądających uczniów nie zauważył nic ciekawego. A
Wernera nie było.
-Przepraszam...-dobiegło zza pleców Przywady. Odsunął się i do klasy wszedł
Werner. Stanął na środku i popatrzył się swoimi wielkimi, maślanymi oczami
na komisarza. Werner zagryzał ogromną bułę, od której zalatywało sosem
czosnkowym, którego Przywada nie lubił. Nagle zauważył, że klasa ucichła i
przygląda się dwóm osobnikom na środku klasy.
-Witam. Jestem komisarz Przywada z dochodzeniówki. I mam do was parę pytań.
-A w jakiej sprawie? –komisarz spojrzał na Wernera.
-Ty się nie interesuj, bo z tobą pogadam sobie później na osobności.- Zza
pleców Przywady znów doleciało „przepraszam”. Przesunął się zdziwiony i
zauważył wysokiego nastolatka, o parę ładnych centymetrów wyższego od niego,
a Przywada uważany był za bardzo wysokiego mężczyznę. Ten chłopak również
wcinał z zapałem ogromną bułę. Werner wskazał ręką w kierunku nowo
przybyłego.
-To mój znajomy Tom’ash...-Przywada się spojrzał, a Tom’ash ukłonił się
nisko i podążył w stronę swojej ławki.
Odcinek 11: Na starych śmieciach
Godzina ósma rano, klasa 0 (taki dziwny wytwór kuratorium oświaty) czekała
na dyrektorkę. W sumie nic szczególnego by się nie stało gdyby się nie
pojawiła. Wesołe rozmowy, jak to zwykle o pierdołach, nie ustawały. Aż nagle
jedna jakaś nad wyraz bystra osoba (co jest mało spotykane w tej klasie)
spostrzegła, że dyrektorki jak nie było tak nie ma. Radosna atmosfera prysła
wraz z chwilą, gdy kilka nadpobudliwych osób poszło wypytać się, co mają
zrobić. I w ten sposób wizja spędzenia wspaniałych czterdziestu pięciu minut
na korytarzu znikła momentalnie. Sekretarka od dwudziestu minut próbowała
złapać dyrektorkę na komórkę, ale nic to nie dawało. W tym samym czasie, pan
Stasiu przechadzał się w poszukiwaniu puszek po okolicznych śmietnikach.
Uważał to za doskonały zarobek w dzisiejszych czasach, a i podatku od
zebranej ilości puszek płacić nie musiał. Jakież to było jego szczęście gdyż
usłyszał dźwięk komórki w koszu na śmieci. Czytywał już w znalezionych
gazetach jak to człowiek potrafi się zdenerwować na złośliwe urządzenie.
Sprzęty użytku codziennego są powodem wielu depresji. Pan Stasiu miał też
swoją teorię, że to one kierują rządem, ale jak dzielił się nią ze znajomymi
to dziwnie na niego patrzyli. Ręka zanurzyła się w odmętach śmietnika.
Trochę grzebania było. Parę puszek tez się znalazło. Ale dzwoniącego ciągle
telefonu nie było. W końcu pan stasiu przechylił się nad krawędzią tak, że o
mało nie wpadł do środka. Rozgrzebał wszystko dokumentnie, aż dno kosza na
śmieci ujrzało światło dzienne. Pan Stasio znalazł telefon, jednakże ten
miał już właściciela i pan Stasio patrzył mu prosto w zamarłe w przerażeniu
oczy.
***
Dziewiąta... służba zaczynała się o dwunastej, czyli jeszcze co najmniej
godzinka snu. Telefon. Komisarz Przywada uznał, że telefony o tej porze są
rzeczą niestosowną i by dać nauczkę cwaniakowi, który wyspany jest już o
dziewiątej na nogach nie odbierze tego telefonu. Sen o pięknej mulatce
jednak nie chciał wrócić do głowy. A natręt nie przestawał i dzwonił dalej.
A potem wszyscy się dziwią, czemu Polacy to taki irytujący naród i cały
świat go nienawidzi. No ale czemu się tu dziwić skoro ciągle trujemy każdemu
d...Przywada podniósł słuchawkę.
-......- cisza...rozmówca po drugiej stronie nie wie, co zrobić, ale po
chwili, która jest potrzebna każdemu Polakowi, bo my pochopnie żadnych
decyzji nie podejmujemy i wszystko mamy przemyślane.
-Eeee... znaleziono trupa w śmietniku przy Pomorskiej. Powinien pan jak
najszybciej przyjechać...- w tym momencie Przywada odłożył słuchawkę i cały
wnerwiony poszedł się wykąpać. A, że w marcu rury z wodą mu zamarzły to był
wkurzony tak, że gdyby tamten policjant wiedział, co go czeka po przyjeździe
Przywady, to starałby się robić wszystko by to nie on dzwoni do Komisarza.
Po przyjechaniu na miejsce zbrodni Przywada spojrzał od razu do kosza na
śmieci. Ciało bez nóg i rąk. Wspaniały widok z rana.
-Kto to?
-Dyrektorka VIII LO.....- Przywada już nie słuchał tylko spojrzał w prawo w
stronę budynku liceum, do którego sam chodził
-Trzeba znaleźć kończyny. Niech ekipa przeszuka okolice, a wy chodźcie ze
mną. To liceum będzie dzisiaj zamknięte- i udał się do miejsca gdzie przeżył
najgorsze chwile swojego życia.
Tutaj też postanowił zostać policjantem. Za to najbardziej nienawidził tego
budynku
Odcinek 10: Piękna i bestia
Wzrok sekretarki odprowadził ich do drzwi. W drzwiach Werner bez odwracania
się podniósł rękę i pomachał sekretarce. Speszona zaczęła grzebać w jakichś
papierach. Na korytarzu nie odzywali się do siebie. Werner szedł obok
rudowłosej i myślał. Zakochał się w córce dyrektorki, najgorszego wroga.
Wysłannika systemu czekającego tylko by go zniszczyć. Bosz.. przecież to jak
w Romeo i Julia, jak chcemy być razem musimy umrzeć. Aaaaa masakra.. W tym
momencie przycisnęło go coś mocno do ściany. Wokół nikogo nie było, a
Ewelina wbijała mu kolano w brzuch. Werner nic nie miał przeciwko jej
kolanom, ale mogłaby je trzymać tymczasowo gdzie indziej.
-Słuchaj do jasnej cholery, bo powtarzać nie będę. Nie podoba mi się, że za
mną łazisz i to co teraz sobie myślisz tez mi się nie podoba. – Werner
zrobił zdziwioną minę
-Ale, o co chodzi koleżance? Skąd koleżanka wie, co ja sobie myślę.
-Stąd, że się ciągle gapisz na mnie i strasznie sapiesz koleś.- Werner oczy
wyszły na wiesz i to nie tylko, dlatego, ze kolano było coraz bliżej ściany,
ale dlatego, że faktycznie miał przyspieszony oddech i jak patrzył na ta
piękność to usta same się otwierały. Kurde, głupi odruch i od razu wszystko
się wydało. No nic. Złapał Ewelinę w tali i przekręcił się. Koleżanka
walnęła kolanem w ścianę, a on podążył w stronę sali, w której miał mieć
następną lekcję. Przez następną godzinę myśli dziewczyny zaprzątał
tajemniczy nieznajomy i jego nonkonformistyczny styl bycia. Niczego się nie
boi, niczym się nie przejmuje, dziwnie się ubiera. Zdaje się zachowywać tak
jakby nie obchodziły go żadne zasady. Bo może nie obchodzą? I jeszcze ubiera
się w ten strój z koloratką. A warkocz to już w ogóle. Pierwszy raz widzi
chłopaka z warkoczem do pasa. W pewnym sensie było to nawet pociągające. O
tym, że jest przystojny to już nawet woli nie wspominać. I w ten sposób
Ewelina stanęła przed poważnym dylematem. Ona. Nieugięta, twarda dziewczyna,
nie lubiąca facetów, bo większość z nich to dupki nie warte nawet
spojrzenia, czy intrygujący chłopak o imieniu Werner. I w tym momencie
Ewelina dostała uwagę za ignorowanie nauczyciela, już pierwszego dnia
szkoły. Cztery godziny później wychodzącego ze szkoły Wernera przycisnęło
coś do ziemi. Nie musiał otwierać oczu by wiedzieć, co to takiego. Werner
już nie raz dowodził, że nie ma uczuć... albo jak do tej pory nie musiał z
nich korzystać i siedziały gdzieś ukryte w jakimś mrocznym zakątku czekając
by nim zawładnąć. Póki co okazało się, że zdrowy rozsądek wygrał z
zauroczeniem. Przecież z czymś, co się rzuca na ciebie i próbuje zabić, co
najmniej trzy razy dziennie nie da się żyć.
-Możesz ze mnie zejść?- Dziewczyna zdawała się nie rozumieć i nadal
wpatrywała mu się w oczy. Po chwili dotarło do niej, o co chodzi i zeszła.
Uczniowie gapiący się na nich odwrócili momentalnie głowy.
-Jeśli chcesz możemy zostać przyjaciółmi... ale nie licz na nic więcej... –
Werner popatrzył się na nią.
-Jak nie będziesz się na mnie rzucać to okej.
-Nie wiem, o co ci chodzi... jakie rzucanie? – Werner zrobił jakąś dziwną
minę, a dziewczyna się rozbrajająco uśmiechnęła.
-Ewelina...-wyciągnięta ręka czekała, aż Werner ją uściśnie, ale jego już
nie było. Szedł swoim ostentacyjnym krokiem w stronę przystanku. Trzech
dresów przyglądało im się przez chwile. Kiedy Werner odszedł kawałek
podeszli do Eweliny. Nagły krzyk zmusił Wernera do odwrócenia się. I to
wcale nie był krzyk Eweliny. Ta była zajęta wykręcaniem ręki jednemu z
napastników. Przez chwilę Werner zastanawiał się, kto kogo napadł. Drugi z
napastników walnął głową w barierkę, a trzeci kuśtykał gdzieś na drugą
stronę ulicy. Skąd w ręku Eweliny wziął się ten duży kamień, tego Werner nie
wiedział, ale kiedy kamień dogonił głowę jednego z dresów, Werner przymknął
oczy
-Auć... to musiało go boleć... i pomyśleć, że jeszcze rano myślałem, że ta
dziewczyna to miłość mojego życia...
Odcinek 9: Werner - Reaktywacja
Następnego dnia szkoła była otwarta. Ponoć specjalnie z Gdańska ściągano
nową dyrektorkę. Ale Wernera to nie obchodziło wcale. Nawet rano się jakoś
nie awanturował jak go matka budziła. Pomyślała nawet, że chory jakiś i
chciałaby został w domu. Ale Werner ostro się zapierał by iść do szkoły (co
ją jeszcze bardziej zdziwiło i wezwała ojca by się podzielić spostrzeżeniem,
że jej syn wariuje, ojciec jednak w komentarzu puścił wielkiego bąka i spał
dalej). Piętnaście minut później Werner na skrzydłach miłości leciał do
szkoły. Nic go nie obchodziło. Jego palny na dzisiaj ograniczały się do
myślenia o Ewelinie i czatowania na nią pod jej blokiem. Podekscytowanie go
nie opuszczało, aż do momentu, gdy wsiadając do tramwaju jego twarz
rozpłaszczyła się na zamkniętych drzwiach. Szybki sprint do następnego
przystanku i wywrócenie 3 moherów totalnie już otrzeźwiło Wernera. Co prawda
biegnięcie za tramwajem było głupota, bo i tak odjechał bez Wernera, no, ale
cóż. Cały Werner. Piętnaście minut po dzwonku na lekcje wbiegał przez drzwi.
Skręcił w lewo i.... leżał. Jak to się stało nie miał pojęcia. Rozejrzał się
niepewnie po korytarzu. Ni w lewo, ni w prawo nikogo. Wstał, otrzepał się i
skręcił znowu. Na końcu korytarza mignęła mu jakaś osoba, ale zaraz się
schowała. Pierwsze lekcja minęła na wspomnieniach. Na jej włosach, sukience.
Wyobrażał sobie ją od dołu w górę i od góry w dół i we wszystkie inne
możliwe strony. Z zamyślenia obudził go dzwonek. Czas by było przywitać się
z nową dyrektorka i wyczuć jaki ma stosunek do dosyć oryginalnego stylu
Wernera. W sekretariacie była też nowa sekretarka. Młoda, ładna
dwudziestolatka od razu przypadła mu do gustu. I do tego ładnie się
uśmiechnęła do niego jak zobaczyła czarną koszule i koloratkę.
-Słucham cię.
-Ja do nowej pani dyrektor. Przywitać się chciałem. – promienisty uśmiech
Wernera poraził nową sekretarkę.
-Eeeeee... teraz jest zajęta....- ale Werner już otwierał drzwi. Zamknął je
za sobą dokładnie mówiąc „Dzień dobry” i odwrócił się. Przez 2 minuty stal z
otwartymi ustami bez dechu.
-A ty to pewnie Werner....-wielki haust powietrza.... chwila zamysłu. Werner
nie wiedział co powiedzieć. I nie zaszokowała go wcale nowa dyrektorka. Fakt
była piękną kobietą. Ale to nie to. Obok biurka stała..... Ewelina.
-Eeeeeaaaaaa... ten nooo... aaa ja chciałem się przywitać z nową dyrekcją
szkoły i zadać jedno pytanie. – Rudowłosa piękność zdawała się Wernera
totalnie ignorować.
-Miło z twojej strony. A jakie to pytanie?
-A tak, chodzi o stosunek dyrekcji do nieprzestrzegania przeze mnie statutu
szkoły. Chodzi o mundurki. – Dyrektorka się zamyśliła. Popatrzyła na niego,
a potem na Eweline. Ta miała na sobie szkolny mundurek, co dopiero teraz
Werner zauważył.
-Dla mnie to ty sobie możesz chodzić w czym chcesz, nawet w tym, ale kadra
pedagogiczna uważa, że wieloletnią szkolną tradycje trzeba kontynuować i jej
przestrzegać. -Werner skrzywił się – Nawet rygorystycznie, ale trzeba.
Przykro mi... od jutra masz mieć mundurek.
-Hmm.. no dobrze.. skoro mus to mus. – I tak nie miał zamiaru go nosić, ale
zgodzić się może. Już pierwszego dnia nie będzie robił sobie wrogów.
-Mamo... ja tez już pójdę – Werner w tym momencie zapadał się pod ziemie.
Jego świat ginął w ekstremalnie szybkim tempie...
|
|
|