| |
|
2006
-styczeń
-luty
-marzec
-kwiecień
-maj
-czerwiec
-wrzesień
|
Odcinek 29: Pogrzeb
Nowy garnitur idealnie pasował Wernerowi. Nowa limuzyna i nowe czarne
okulary także. Werner ver.man_in_black był już gotowy do drogi na cmentarz
rzymskokatolicki p. wezw. św. Rocha na Radogoszczu. Razem z nim do samochodu
wsiadł Maciej Ślędczak.
-Musimy się spieszyć na lotnisko. Mamy mało czasu do trzynastej więc
polecimy helikopterem. Będziesz stał daleko, tak żeby nikt cię nie zauważył.
Jeśli zauważy to od razu zostaniesz wyprowadzony z terenu cmentarza. Dla
twojego bezpieczeństwa na pogrzebie nie będziesz dłużej niż pięć minut.
Przykro mi, ale inaczej nie możemy zrobić. – Werner siedział cicho obok i
spoglądał w szybę. Wyjechali z miasta (prawdopodobnie Wrocławia, Werner nie
wiedział skąd to wie) i wjechali do lasu. Po paru kilometrach pojawiła się
przed nimi ogromna łąka z czarnym helikopterem stojącym po środku.
-Nim polecimy – powiedział Ślędczak, ale Werner pewnie i tak nie słyszał bo
już był na zewnątrz i podążał do śmigłowca. W środku siedziało już czterech
ochroniarzy. Kiedy weszli do środka pilot zatrzasnął drzwi i zasiadł za
konsolą. Śmigła zaczęły się powoli obracać, by zaraz potem wirować w
zawrotnym tempie. Werner nigdy nie leciał śmigłowcem, ale nie robiło to na
nim żadnego wrażenia. Był zamyślony. Nie podobało mu się to, że bez jego
akceptacji pewnego dnia obudził się zupełnie kimś innym niż jest, jeszcze
nawet nie wiedział dokładnie kim. Został pozbawiony swojego wcześniejszego
życia. A teraz leci na swój własny pogrzeb. I nic nie jest w stanie zrobić,
by to odwrócić. Nie żal mu życia, bo może będzie fajnie być tajnym agentem,
ale rodziny mu szkoda. Na pewno bardzo cierpi. I Werner tak siedział i
myślał, ochroniarze nie odzywali się wcale tak jakby byli martwi. A Ślędczak
nawijał cięgle o czymś pilotowi. Dolecieli na miejsce. Helikopter wylądował
tuż obok Pomnika Ofiar Faszyzmu na Radogoszczu. Helikopter zrobił wielką
sensację wśród moherów w przejeżdżającym obok tramwaju numer 11. Werner i
ochroniarze wysiedli i poszli w stronę wejścia do cmentarza. Werner nie
lubił cmentarzy. Nie widział sensu w chowaniu czyjegoś ciała, by potem gniło
i zżerały je robaki. Wolałby kremację, więc fakt, że miał zostać pochowany
bardzo mu się nie podobał.
-O żesz... – wyrwało mu się z ust kiedy zobaczył ten tłum ubranych na czarno
ludzi.
-Coś się stało? – spytał Ślędczak
-Nie, nic.. zdziwiony jestem. Aż tyle osób przyszło na mój pogrzeb.
Rozpoznają całą rodzinę, nawet tę z zagranicy. Pół szkoły i parę naście osób
z osiedla. – Werner nie ukrywał wzruszenia.
-Nie podchodź bliżej, bo mogą cię zauważyć. –Werner pierwszy raz w życiu
poczuł łzę wzruszenia na swoim policzku.
***
Ksiądz odmawiał mowę tak jak to zwykle robi się na pogrzebie. Ale to nie był
zwykły pogrzeb. Nie na każdym zjawia się około 200 osób. Jeszcze fakt, że
chowany jest nastolatek, który ponoć porwał lokomotywę pociągu, w którym
zamordowano wcześniej dwie osoby. Bardzo dziwne. Nagle księdza coś
zaniepokoiło. Osoba, która była pewnie babcią chowanego chłopca (swoją drogą
o dość dziwnym imieniu Werner) zaczęła węszyć, jakby coś poczuła. W jej
oczach coś zabłysnęło i szybko odwróciła głowę rozglądając się. Ksiądz
spojrzał także w tamtą stronę. Jakieś dwieście metrów dalej stało sześciu
mężczyzn ubranych na czarno. Nie wyglądali na rodzinę zmarłego. Nagle
odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia. Ksiądz przeniósł wzrok z powrotem
na babcię, ale jej już nie było. Ksiądz nie wiedział, że podążyła w pogoń za
wnukiem.
Odcinek 28: Normalnie jak w
Matrixie.
Werner musiał w spokoju przetrawić wszystkie informacje. Dali mu do
dyspozycji jakiś pokój i powiedzieli, że przeniosą go później do specjalnego
apartamentu. Na razie musi zostać tutaj i wszystko przemyśleć. Jędrzej
Leppiej okazał się bardzo miłym i inteligentnym człowiekiem i Werner nie
wiedział czemu media tak go krytykowały. Jędrzej nawet współczuł Wernerowi.
Wiedział jak ciężkie może być teraz jego życie. Te gwałtowne zmiany. Na
razie naszego bohatera nie martwiło to co się z nim będzie działo, lecz
zmiany w jego ciele. Co oni mu zrobili. Wciąż miał przed „oczami” tamtą
twarz jak z horroru. Bał się podejść do lustra, aby znów jej nie ujrzeć. Pół
dnia zajęło mu zebranie się w sobie i przejście pokoju do lustra. Szedł po
miękkiej wykładzinie i czuł się tak jakby zajmowało mu to wieki. Trącił
stopą szklankę po coli. Alkoholu nie tykał. Tafla szkła zdawała się łypać na
niego złowrogo. Światło przygasło, a w tle zaczęła lecieć przygnębiająca
muzyka. Zaczęły się napisy. Luke Skywalker przeleciał przed oczami widzów.
Ale wracając do Wernera. W końcu się przemógł i spojrzał na swoje odbicie.
Kurdę no.. nawet całkiem przystojny był. Krwawe ślady znikły. Włosy miał
umyte. Mniej więcej wyglądał tak jak wcześniej tylko te oczy. Zamiast
przenikliwego brązu pojawiła się jasna zieleń i cholernie wąskie źrenice.
Werner poruszył głową. Kolor oczu zmienił się na żółty.
-O cholera.. – poruszył znów. Kolor przechodząc przez niebieski i zielony
zmienił się na czerwień. Wychodziło na to, że w zależności od tego jak pada
światło tak mu się oczy świecą. Ciekawy efekt. Ludzie się będą raczej
dziwić. Werner zauważył tez, że źrenice mu się ruszają. Zgasił światło.
Źrenice powiększyły się maksymalnie.
-Wow! Widzę po ciemku! – Werner zaczął bawić się źrenicami. To je
powiększał, to zwężał.
Ale oczy to nie było wszystko. Werner czuł się wyśmienicie. Podskoczył i o
mało nie uderzył głową w sufit. Musiał odbić się rękami. Stanął na rękach.
Nigdy tego nie umiał, a teraz nie robiło mu to żadnego problemu. Pompka,
odbicie z rąk, salto i stał już na nogach. Podbiegł do ściany i przebiegł po
niej niczym Neo w Matrixie. Werner skwitował swoje wyczyny krótkim „ O
cholera!”. Nie mógł powiedzieć, że te zmiany mu się nie podobały. W końcu
każdy chciałby być Supermanem w jego wieku. Ciekaw był czy to już wszystko
co mu poprawili. Właśnie stał na jednej ręce na stole, kiedy do pokoju
wszedł jakiś mężczyzna. Werner nie widział go wcześniej.
-Witam. Nazywam się Maciej Ślędczak i to mnie zawdzięczasz to wszystko, a
nawet więcej tylko pewnie o tym jeszcze nie wiesz. – W jego głosie i
uśmiechu było coś złowieszczego. Werner stanął normalnie, a mężczyzna
podszedł bliżej. Nie musiał. Werner doskonale widział. Każdy szczegół, każdą
rysę jego twarzy, każdą fałdę na ubraniu. Akomodację oka miał doskonałą.
-Zostałeś zabrany wbrew swojej woli. Ale to nie ma znaczenia. – zaczął
mężczyzna. – gdybyśmy cię nie zabrali to byś umarł tam chłopcze. Dziękuj
szanownemu panu Leppiejowi. Od dawna szukaliśmy kogoś by go „zmodyfikować”
na nasze potrzeby. Idealny, młody organizm, któremu już wszystko jedno. Bez
naszej operacji byś umarł. Pewnie już zauważyłeś, że twoje ciało jest
niezwykle silne, wygimnastykowane i odporne, a oczy w niczym nie
przypominają ludzkich. Twój nos również. Tutaj wszelkie zapachy są
neutralizowane, by cię nie drażnić. Resztę pokażę i wytłumaczę ci później.
Na razie idziemy cię ubrać.
-Ubrać? – zdziwił się Werner.
-No tak. Jedziemy przecież na twój pogrzeb. Będziesz miał ostatnią szansę
zobaczyć swoich bliskich. Bo potem twoje życie zmieni się o sto
osiemdziesiąt stopni. – Werner to przemilczał.
Odcinek 27: Ciemność
Werner obudził się (po ponad tygodniu, czyli po tym czasie, kiedy autor nie
pisał odcinków). Przynajmniej tak mu się zdawało. Pewności nie miał, gdyż
podejrzana ciemność przed oczami nie chciała zniknąć. Ręka przesunęła się po
opatrunku.
-No świetnie... po prostu super. – zaczął odwijać wilgotny bandaż. Powieki
pokryte były czymś lepkim. Wytarł bandażem i powoli zaczął otwierać oczy.
-O kur.. jej znaczy się, co za ból! – Ból był niemiłosierny. Tak jakby do
powiek miał przyczepione ciężarki. W końcu udało mu się otworzyć oczy. I co
ciekawe nic mu to nie pomogło. Jak wcześniej otaczała go ciemność, tak i bez
opatrunku dookoła była tylko ciemność.
-Ciemność widzę, widzę ciemność! POMOCY??? – w tym momencie do pokoju weszła
pielęgniarka i zapaliła światło. Po pięciu minutach skręcania się pod
kołderką Werner uspokoił się i niepewnie wyjrzał co się dzieje. Pielęgniarka
stała nad nim i patrzyła się z politowaniem na jego wyczyny. Całkiem
urodziwa jak na polską pielęgniarkę.
-Może mi pani powiedzieć, gdzie jestem i co się stało? – spytał Werner spod
kołdry.
-Jesteś na oddziale dla VIPów w najlepszym szpitalu w kraju. A co się stało
to może ci opowie twój gość. Zaraz tu będzie.
-Gość? Jaki gość? – zdziwił się Werner – chwila... dla VIPów?! Co ja mogę
robić na oddziale dla VIPów? – jednak pielęgniarka już nie odpowiedziała,
tylko wyszła sobie kręcąc tyłkiem we wszystkie cztery strony świata. Obolały
Cromwell spoglądał przez chwilę na drzwi. Na dosłownie sekundę odwrócił
wzrok kiedy coś mu mignęło za oknem. Gdy zwrócił wzrok z powrotem na drzwi,
w nich już ktoś stał. Początkowo Werner zrzucał to na kiepski stan
zdrowotny. Pewnie mu oczy jeszcze szwankują. W ogóle to czemu były
zabandażowane? W ogóle czy ma ktoś na sali lusterko? A gdzie mama? Jak
zwykle jego los nikogo nie obchodził. A ten koleś stojący w drzwiach i
udający tego sławnego polityka się jeszcze głupio uśmiecha. Świat schodzi na
psy. Mimo największych starań naszego bohatera, postać nie znikała, ani nie
zmieniała swojego wyglądu. I Ku zaskoczeniu Wernera dotarło do niego, że oto
przed nim ta postać w garniturze od „Guczcziego”, różowej koszuli i krawacie
w biało czerwone paski, to nikt inny jak sławny polityk Jędrzej Leppiej. Co
on chce od Wernera?
-Cześć chłopcze. Jak się miewasz? – spytał Leppiej szeroko uśmiechnięty,
kiepsko udając amerykański akcent.
-Eee... całkiem dobrze, mimo że oczy mnie trochę bolą. A czy pan jest tym,
kim mi się wydaje, ze pan jest? – Leppiej się trochę skrzywił jakby wstydził
się siebie.
-No nie mogę zaprzeczyć, że nie.. chcesz się może zamienić? Albo nie. Masz
tutaj najpierw lusterko. – Podał Wernerowi lusterko, ale tak jakby nie
chciał tego robić, albo sprawiało mu to wielki ból. Zanim spojrzał na swoje
odbicie zawahał się, ciekawość jednak wygrała. Jakież było jego przerażenie.
Nie miał twarzy!!!!!!! Dwie sekundy później skierował lusterko z poduszki na
twarz. No i twarz była. Ale za to jaka. Jak nie swoja. Do tego nie miał
oczu!!. Zamiast tego jakieś dziwne coś.
-Człowieku?! Co wyście mi zrobili? – Jędzrzej popatrzył na chłopaka ze
smutkiem.
-Przykro mi chłopcze. To była jedyna szansa by cię uratować. Teraz będziesz
pracował dla rządu. – Werner pominął to milczeniem.
Odcinek 26: Wypadek
Ktoś tam zajmował się mokrymi gaciami ministranta, a Werner szukał babci po
całym pociągu. Zamknął ją co prawda w chłodni, by nie uciekła... ale jak się
okazało szczwana bestyja to była. W końcu krew z krwi Cromwellów. I żadne
zamknięcie jej nie straszne. Werner nie wiedział jak to zrobiła, ale jak
przyszedł do chłodni, to drzwi leżały na podłodze. Spróbował je podnieść,
ale to nie ta kategoria wagowa. Więc jak babcia dała sobie radę?!
Werner przeszukał już wszystko prócz lokomotywy. Kiedy dochodził już do
niej, pociąg zatrząsł się. Ruszali. Ale dlaczego? Przecież komisarz jeszcze
nie skończył swojej roboty. Przyspieszył krok i otworzył drzwi do
lokomotywy. Przed nim klęczała babcia, przecinająca kable.
-O żesz!!! Co ty wyprawiasz?! – babcia Leokadia przecięła już ostatni kabel
i skoczyła do lokomotywy. Werner spojrzał w dół, na rozszerzającą się
szczelinę między wagonem, a lokomotywą. Bez namysłu rzucił się za babcią i
przy okazji uderzając całym ciałem o twardą podłogę. Otrząsnął się i wstał.
W życiu nie był w lokomotywie. Ale nie zrobiła ona na nim żadnego wrażenia.
Za to piorunujące wrażenie wywarła jego babcia obściskująca się z jakimś
seniorem.
-Babcia?! Co ty wyprawiasz do jasnej cholery? Wiesz co właśnie zrobiłaś?
Porwałaś pociąg!!! Senior odsunął babcię Leokadię na bok i podtrzymując się
na lasce dokuśtykał do Wernera.
-Tylko lokomotywę synu...- wyrzęził dziadek.
-Jak tylko lokomotywę? A pan co za jeden? – Zdziwienie Wernera było teraz
już naprawdę ogromne.
-Eugeniusz Porczycki, były porucznik Armii Krajowej. Do usług. – Wernera
nagle coś tknęło. Babcia stała przy oknie i czesała swój moher. Senior
Eugeniusz stał przed Wernerem. A konduktor?!
-Kto to prowadzi? – były porucznik popatrzył na konsolę.
-Eeeeeee.. – Werner był zszokowany.
-Nie eee, tylko trzeba to zatrzymać! – Werner rzucił się do konsoli. Problem
był jeden. Nie wiedział co nacisnąć, co pociągnąć, ani na co patrzeć. Do
tego pan Porczycki wcale mu nie pomagał. A nawet przeszkadzał waląc Wernera
laską po plecach.
-Panie, przestań pan.. musimy jechać, nie możemy się zatrzymać. – krzyczał
staruszek
-A to dlaczego?
-Kocham pannę Leokadię. Chcemy się pobrać, mieć dzieci..- w tym momencie
Werner wysiadł. Dosłownie. Lokomotywa walnęła w coś i zatrzymała się, przy
okazji wyrzucają Wernera gdzieś daleko przez szybę. Dalej była tylko
ciemność.
***
Jędrzej Leppiej objeżdżał Mercedesem swoje posiadłości. Te wspaniałe
hektary. Jakby chciał sobie teraz ciągniczkiem pohasać po polu. Oj ile by za
to dał. Ale wiedział, że to niemożliwe. Pobrudziłby sobie garnitur od
Gucziego i potem Beggerowa by go skrzyczała. Była bardzo wrażliwa na punkcie
jego stroju. Gdyby tylko ludzie wiedzieli, że tak naprawdę to jej kurwiki
rządzą w Samejbronie. W sejmie wszyscy się jej bali. Dosłownie. A kiedy
wchodziła na sejmowy basen w bikini, to już byłeś zgubiony. Skazany na
podwodne molestowanie.
Jędrzej wiele o tym słyszał, dlatego częściej odwiedzał siłownie niż basen.
Tam Renia nie zaglądała zbyt często. Nagle Mercedes zatrzymał się.
-Co się stało?
-Jakaś lokomotywa walnęła w opancerzony wóz ABW – odparł kierowca spokojnie.
Leppiej otworzył drzwi samochodu. Wysiadł. Pod jego nogami leżał zakrwawiony
Werner
Odcinek 25: Wlepka
Ksiądz z całą pewnością był przerażony. Mogło o tym świadczyć pełno kropel
potu na jego czole, albo też przyspieszony oddech. Jak się okazało, ksiądz
Andrzej był astmatykiem. Wyjął z kieszeni sutanny inhalator. Komisarz
troszkę się wkurzył.
-No, a ja mówiłem, że księdza twarz mi się nie podoba. A teraz proszę
opowiadać, co, jak i dlaczego. – Ksiądz jednak dusił się coraz bardziej.
Wernerowi było nawet żal, kiedy patrzył na księdza męczącego się z
inhalatorem. Nagle inhalator wypadł z drżących dłoni i poturlał się po
podłodze, prosto pod stolik.
-Pomóżcie mu, bo zaraz się udusi! – wykrzyknął ministrant. Werner rzucił się
pod stolik. Wyłowił inhalator i przekazał komisarzowi. Komisarz chciał podać
go księdzu, lecz ten w tym samym momencie upadł cały siny na podłogę.
-O cholera...- wyszeptał Werner, reszta ludzi w wagonie siedziała cicho,
podekscytowana tym co zobaczyli. W końcu nie codziennie jest okazja
uczestniczyć w wydarzeniach podobnych do tych z W 11.
-No to sprawę mamy ułatwioną. – Oznajmił zadowolony z siebie komisarz.
-A to dlaczego? – Werner nie rozumiał tego zadowolenia.
-No jak to, chłopcze? Teraz, zamiast dwóch, mamy do przesłuchiwania tylko
jednego. Czyli dwa razy mniej roboty. Szkoda tylko, że ksiądz wymknął się
wymiarowi sprawiedliwości, a ładny skandalik by się kroił i sławny bym
został, może w Detektywach bym wystąpił. Kurcze. Jak tak spojrzeć, to martwy
ksiądz wkurza mnie bardziej niż żywy. – Werner podsumował wypowiedź
komisarza krótkim i jak zwykle treściwym: „Bosz...”
-Dobra.. przeleć się po ekipę, trzeba go wynieść, bo się ktoś jeszcze
potknie – zwrócił się komisarz do policjanta stojącego przy drzwiach – A ty
–odwrócił się do ministranta – opowiedz mi wszystko. – Na twarzy komisarza
pojawił się uśmiech, widać było po nim, że marnował się na tej wsi. Był
wręcz stworzony do kierowania ludźmi. Nadawał się na jakieś stanowisko w
dużym komisariacie w Warszawie. Z kolei ministrant raczej na policjanta się
nie nadawał. Strachliwy był. Zastanawiacie się pewnie, skąd Werner to
wiedział. Banalnie proste, żółta plama, która pojawiła się przed chwilką
koło nogawki chłopaka mówiła sama za siebie. Komisarz się zgorszył.
-No Jezuuu, duży chłopak z ciebie, a takie numery odstawiasz? Przynieście
jakąś szmatkę i wytrzyjcie to. – Nikt się nie ruszył. – No to może otwórzcie
okna, bo nie wiem jak wy, ale ja nie lubię tego zapachu. – Jakaś kobieta w
końcu ruszyła się z krzesełka i poszła poszukać szmatki. Dziwne było to, że
personel, który powinien być przez cały czas w wagonie, gdzieś się zmył.
Kobieta w końcu wróciła ze szmatką i nie ukrywając obrzydzenia wytarła
podłogę. Przez ten czas ministrant nie ruszył się nawet na chwilę.
-Przykro mi chłopcze, ale w tych spodniach już będziesz musiał pozostać. Daj
numer telefonu do rodziców, to zadzwonimy do nich i przyjadą po ciebie. –
Chłopak pokręcił przecząco głową
-A co? Sam chcesz zadzwonić? Okej, masz tu komórkę i dzwoń. – Ministrant
wziął ją niepewnie i chwilę później wykręcił jakiś numer.
-Halo.. to ja Marek.. tak no.. policja tu jest i chcą mnie zamknąć za
morderstwo.. uhum tak.. – Komisarz wyrwał chłopakowi telefon z ręki. –
Ciebie nie zamkniemy, tylko wyślemy do poprawczaka. – Zaczął mówić do
telefonu – Halo? Z kim rozmawiam? – Przez chwilę była cisza. – O żesz...Ja
znam skądś ten głos, ale nie mogę sobie przypomnieć. Kim pan jest? –
Nieznajomy się rozłączył. – Cholera! Te, ministrant, do kogoś ty dzwonił? –
Ministrant milczał. – Kurde, ja znam ten głos.. – Komisarz się zamyślił.
-Może to był Ojciec Dyrektor? – spytał się Werner. Komisarz popatrzył
zdziwiony.
-Rydzyk? Nie noo, niemożliwe… K***a no ! To był faktycznie jego głos! Werner,
skąd wiedziałeś? - Werner popatrzył zdziwiony na komisarza.
-Jak to skąd? Ministrantowi przed chwilą wypadła wlepka telewizji Trwam. –
Werner się uśmiechnął, a na podłodze pojawiła się kolejna żółta plama.
Odcinek 24: Światło
Werner wstał ze swojego krzesełka. Podszedł na palcach do śpiącego niedaleko
księdza Andrzeja. Szturchnął go lekko w ramię.
-E... nie... jeszcze.. hrrrrrr....fiuuu – Werner szturchnął księdza jeszcze
raz, tym razem zasłaniając mu usta, by nie hałasował i nos by szybciej się
obudził.
-Ghr... aghr...Matko bosk... – Werner przycisnął rękę mocniej.
-Ciii....- ksiądz po chwili załapał o co chodziło. Werner zabrał rękę i
ksiądz Andrzej wstał.
Poszli powoli w stronę wyjścia z wagonu. Przeszli do następnego, gdzie w
przedziale siedział komisarz i dwóch innych policjantów. Przeglądali jakieś
papierki. Wernera w pierwszej chwili rozbawił ich kolor. Żółte papiery. Ale
humor Wernera zawsze był abstrakcyjny i nikt nie rozumiał co on w danej
sytuacji widzi śmiesznego. Werner zapukał w drzwi przedziału.
-Ekhem... proponuję zacząć zabawę już. Pora odpowiednia, padać przestało. A
i tak wszyscy dość długo tu siedzą. Co pan komisarz na to? – komisarz
spojrzał na Wernera przenikliwym wzrokiem, jakby wahał się w duchu, czy
pomysł nastolatka może wypalić. Spojrzał na dwóch policjantów, jakby u nich
szukał odpowiedzi. Po krótkim namyśle wstał.
-Dobra Werner, ale módl się by udał się ten manewr, jak nie to sam
dopilnuję, żebyś w tym pociągu spędził jeszcze tydzień. A razem z tobą
ksiądz bo mi się jego twarz nie podoba..- ksiądz udał, że nie słyszy.
-Twarzy się nie wybiera... no ale cóż. – dodał Werner odwracając się w
stronę przejścia do wagonu restauracyjnego. Ksiądz najwidoczniej obruszył
się na Wernera.
-Młody człowieku! Jak śmiesz mówić w te sposób o osobie duchownej?! – Werner
zatrzymał się. Bez odwracania się do księdza powiedział:
-Duchowny, nie duchowny też człowiek. Poza tym pan komisarz wyraża się na
pański temat dużo gorzej, a do niego nie ma pan pretensji. Czemu to więc do
mnie odnoszą się pańskie pretensje? Czyżby powodem był wiek? Uczniem liceum
można manipulować, jak się chce, a policjantem nie. Ładnie to tak? – Werner
specjalnie używał formy „pan”. Policjant popatrzył z przyjemnością jak
księdzu mina rzednie Mijając go w drzwiach poklepał go po ramieniu. Ksiądz
Andrzej nie wiedział o co chodzi, więc najlepszym dla niego było podążenie
za komisarzem i Wernerem. Weszli szybkim krokiem do wagonu restauracyjnego.
Werner spojrzał za okno. Znów robiło się ciemno. Spędzili tutaj już ponad
dwadzieścia cztery godziny.
-Poooobudkaaa!!!!- krzyknął komisarz na cały wagon. Wszyscy zaczęli się
budzić powoli..
-No panie.. zgupłeś? Całej nocy tamtej nie przespałem, w dzień wyspać się
nie da.. no przeprasza...
-Cicho.. wyśpi się pan po śmierci. – przerwał wywód tamtego mężczyzny
komisarz. Wszyscy zdążyli się już pozbierać.
-Dobrze.. więc mamy już wszystkie niezbędne informacje na temat
przestępstwa, denatów i przestępcy. Tak więc możemy chyba ogłosić kto nim
jest? – na sali zapanował gwar jak na jarmarku. – rozumiem, że nie chcą
państwo wiedzieć? Okej.. nie ma sprawy. – Werner w między czasie uważnie
przyglądał się twarzom pasażerów. – Przepraszam, ale bardzo lubię Sherlocka
Holmesa i nie mogę się powstrzymać, więc najpierw państwu opowiem co i jak.
Tak więc przestępca jest w tym pomieszczeniu...- i w tym momencie zgasło
światło. Gdzieś z tyłu wagonu zaczęła się szamotanina. Nagle światło
zapaliło się. Po środku wagonu stał młody chłopak. Przy włączniku światła
stał jeden z dwóch pozostałych policjantów. Chłopak rzucił się do ucieczki.
Chwilę później było po wszystkim, a chłopak leżał skuty kajdankami na
podłodze. Nagle jedna z kobiet odezwała się.
-Ale ja wiem kto to. Czy to nie przypadkiem ten ministrant, co jechał z
księdzem Andrzejem? Wszyscy spojrzeli w stronę księdza.
-A ksiądz, czemu się tak poci? – spytał Werner z szeroki uśmiechem
|
|
|