| |
|
2006
-styczeń
-luty
-marzec
-kwiecień
-maj
-czerwiec
-wrzesień
|
Odcinek 8: Plusy chodzenia do
kościoła
-Czemu mówi pan do mnie per chłopcze? – Werner starał się zapanować nad sobą
i zachować klasę. W końcu tym różnił się od większości dorosłych ludzi, że
on ją posiadał. Może na swój ekstrawagancki sposób, ale miał. Mężczyzna
stojący przed Wernerem był olbrzymem. Werner nie widział na żywo Pudziana,
ale ten facet wystarczył mu za dwóch. Cromwell ze swoim skromnym metrem i
osiemdziesięcioma dwoma centymetrami uważany był za wyrośniętego. Nowo
przybyły miał około 2,20 wzrostu, a szeroki był jak 3 Wernerów. Ci, którzy
na niego patrzyli momentalnie nabierali respektu. I nie z powodu uroku
osobistego olbrzyma, ani urody, bo urodziwy to on raczej nie był.
-Ooo.. to już takich szkrabów przyjmują do kościoła? No naprawdę ci księża
pedofile schodzą na psy. Kiedyś to się przynajmniej kryli z tym, że „lubią”
dzieci. – Olbrzym roześmiał się i ziemia wokół zadrżała. W tym momencie
skończyła się msza. Drzwi otworzyły się i do nozdrzy Wernera doleciał zapach
kadzidełek, starych ludzi i moczu, a zaraz potem zaczęły się wytaczać
pierwsze babcie, podtrzymywane przez zbereźnych staruszków.
-Zmywamy się- wrzasnął olbrzym i wszyscy bojownicy o wolny kościół wskoczyli
do samochodów i odjechali. Werner został sam. Odsunął się na bok i czekał na
babcie. Pojawiła się po pięciu minutach za rękę z jakimś czymś podobnym do
człowieka. Kiedy trochę się zbliżyli Werner spostrzegł coś, ale nie był
pewien czy to przewidzenie. Dziadek trzymał rękę w okolicach pośladka babci.
Zniesmaczony tą myślą odwrócił wzrok w drugą stronę. I ujrzał...
najwspanialszą rzecz, jaką kiedykolwiek widział. Piękne rude włosy do
ramion, opadające na twarz, przy najlżejszym ruchu. Biała, haftowana
bluzeczka opinająca jej doskonałe ciało. Talia osy... ach... nogi...
granatowa mini za dużo nie zakrywała. Werner nie mógł wyjść z zachwytu.
Poczuł, że dla tego momentu warto było się męczyć przez te szesnaście lat.
Na oko dziewczyna była w jego wieku. Nikt się wokół niej nie kręcił. Jest
szansa.
-Babcia poczeka tutaj na mnie. Zaraz wracam.- Babcia Leokadia wydawała się
nie zwracać uwagi na wnuka. Bardziej interesował ją jej obficie śliniący się
amant. Szybki zwrot. Nie było jej. Z paniką Werner wyszedł na ulice. Szła w
lewo i zaraz miała zniknąć za zakrętem. Podgonił trochę, i zrównał się z
dziewczyną. Szedł tak obok niej przez chwilę. W końcu spojrzał się na nią.
Wydawała się go nie widzieć. Werner obudził się dwie minuty później na
zimnym betonie. Głowa go strasznie bolała. Nie mógł się ruszyć. Jak taki
anioł, cud natury, może być tak niebezpieczny. Nim się spostrzegł leciał w
tył, a dalej ciemność. Udało mu się podnieść z niemałym trudem. Zauważył, że
przygląda mu się jakiś chłopak.
-Co chcesz?- Chłopak speszył się trochę. I chciał uciekać. Werner złapał go
za rękę i obrócił w swoją stronę.
-Po coś tu stałeś. Jestem ciekaw po co. Chyba nie chciałeś się wyśmiewać ze
starszego od siebie chłopaka, którego pobiła dziewczyna. Gadaj, o co chodzi.
– Chłopak, lat około 10, sprawiał wrażenie jakby miał się popłakać. Znęcam
się nad małymi dziećmi. Co to się dzieje z ludźmi, nawet mnie to się ujęło.
Werner był zszokowany swoim postępkiem, ale ciekawość była silniejsza.
-Moja siostra mówiła, żebyś więcej jej nie zaczepiał. Nie lubi takich
dziwaków jak ty.- Werner poczuł się tym mocno dotknięty. Nazywać go
dziwakiem. Ale taka piękność może z nim robić co chce... w tym momencie
dotarło do niego, że trzyma w rękach brata pięknej nieznajomej.
-Jak twoja siostra ma na imię? – Chłopiec był już naprawdę zdenerwowany.
-Ewelina...- powiedział chłopiec, wyrwał się Wernerowi i pognał do domu. Po
trzech minutach śledzenia chłopaka Werner wiedział już gdzie mieszka jego
wybranka serca, piękna i niebezpieczna. Nadszedł czas na Boskiego Wernera. A
w jego oczach zapłonęły płomienie...
Odcinek 7: Polowanie na
grzyby
Niebo nagle pociemniało i ziemia się zatrzęsła. Czarna postać zbliżała się
do Wernera.
-Kamera bardziej na mnie. Pod jakimś dobrym kątem by było widać mój
przyjazny uśmiech....- w tym momencie wzrok Ojca Dyrektora padła na chłopaka
stojącego nieopodal ubranego jak ksiądz. Werner nie miał ochoty z nim
rozmawiać ani bawić się w różne gry. Odsunął się w bok i kierował się w
stronę ulicy, ale Jego wzrok ciągle za nim podążał.
-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica chłopcze...
możesz tu podejść? – Werner stanął. Gardził tym człowiekiem. Co te media
robią z ludzi... tak zwana czwarta władza. Nie lubił tego. Choć telewizja
dała trochę dobrego. Anime i filmy po dwudziestej trzeciej. Coś podświadomie
mówiło Wernerowi żeby porozmawiał z Ojcem Dyrektorem. Nigdy więcej taka
okazja może się nie powtórzyć. Ten Wernerowaty demon siedzący w jego głowie
zawsze wygrywał.
-Witam księdza. Mogę w czymś panu pomóc? – W głosie chłopaka nie było ani
krzty bezczelności. Powiedział to całkowicie poważnie. Ksiądz Tadeusz
Pieczarek był zszokowany. Jak do tej pory wszyscy odnosili się do niego z
wielkim szacunkiem, a nawet strachem. Wcale ich nie traktował jak
niewolników. Niewolnikom nie płacono. On płacił... mało bo mało, ale zawsze
coś. No i jeszcze Moherowa Armia Zbawienia. Może za długo przebywał w
towarzystwie tych starych zboczonych trupów. Co noc jakiś kombinował jak
dostać się do jego pokoju. A poczta już nawet wniosła skargę do sądu z
powodu tak wielkiej ilości listów miłosnych do niego. To zakrawało już o
fanatyzm. No, ale Hitler, Stalin i Fidel też pewnie musieli przez to
przechodzić. Zresztą Fidela może się zapytać jak będzie u niego następnym
razem. Nawet na pewno to zrobi.
-Chłopcze.. czemu nie jesteś na mszy i czemu nosisz koszulę z koloratką? –
Werner spodziewał się tego pytania. Wielu księży, prawie wszyscy, którzy
widzieli Wernera w tym stroju uważali to za prowokację i obrazę dla
kościoła. Ograniczeni byli ci księża. Ale co sprawiało, że zarabiali taką
kupę kasy? Głupota społeczeństwa? Werner od razu zmienił zdanie, bo dotarło
do niego, że on tez do społeczeństwa należy, a sam na siebie wrzucać nie
będzie, bo nie wypada.
-Koszulę noszę, bo lubię wyglądać oryginalnie a po za tym podoba mi się. Na
mszy nie jestem, bo uważam, że siedzenie w środku- wskazał ręką drzwi do
kościoła – to marnowanie czasu. – Pieczarek i ekipa radiowo telewizyjna
spojrzała na chłopaka z obrzydzeniem, jak na jakiegoś pająka. To ta edukacja
w szkołach i muzyka gitarowa... ten satanistyczny wytwór. Pieczarek
wychodził z założenia, ze lekcje powinny być prowadzone przez
wykwalifikowanych animatorów po kursach w ośrodku szkoleniowym im. Tadeusza
Pieczarka. Ci ludzie potrafiliby dać dzieciom potrzebne wykształcenie. A nie
to, co teraz w szkołach. Na przerwach puszcza się muzykę, a powinno się
puszczać modlitwę i kazania. Ale On to jeszcze zmieni. Ma na to wiele czasu.
A to, że przy okazji troszkę na tym zarobi on i kościół to już miły efekt
uboczny jego projektu. Z zamyślenia wyrwał wszystkich pisk opon, wycie
silników i głos syreny alarmowej. Ochrona załapała ojca Pieczarka i pobiegła
osłaniając go do auta. Grupa ubranych na czarno ludzi wyskoczyła z aut.
Przed kościołem na rozpętała się regularna wojna. Były strzały i krzyki.
Jeden z ochroniarzy Pieczarki dostał czymś w ramię. Krew rozbryzgała się na
kostce brukowej. Ekipa Radia MaRyja i telewizji WyTrwam rozpierzchła się. A
Werner jak stał, tak stał nadal i przyglądał się zajściu. Na czarnych autach
widniały białe napisy. „Bojówka Wolnego Kościoła”. Całe zajście wyglądało
dla Wernera komicznie. Nie miał pojęcia, o co chodzi, ale chyba nie lubiano
tutaj Pieczarka. Maybach (okazało się, że całkiem dobrze opancerzony)
odjechał jak najszybciej się dało. Bojówka zaczęła teraz ganiać za ekipą,
która była razem z Pieczarkiem.
- A ty chłopcze, co tu robisz? – Werner odwrócił się do nieznajomego. Przez
ostatnie dni wszyscy ciągle mówili do niego per „chłopcze”, a to bardzo mu
się nie podobało...
Odcinek 6: Kościelne reggae
Komisarz Przywada pojechał od razu na miejsce zbrodni. Werner bardzo ciekaw
był co tam zastał. Jednak nie udało mu się namówić komisarza by podwiózł go
do domu. Zawsze najciekawsze rzeczy omijały Wernera. Choć ostatnio musiał
przyznać czuł się jak w filmie. Następnego dnia szkoła była zamknięta.
Wszyscy, czyli głównie kadra szkolna musiała ochłonąć. Werner był cały
szczęśliwy, że do szkoły iść nie musi. Miał w planach cały dzień przegrać w
Thanga. Po pożywnym śniadanku ze starego chleba (bez masła, bo matka nie
kupiła) zasiadł przed komputerem. Już wciskał guzik, kiedy przeszkodziła mu
w tym czyjaś ręka. Ojciec jak zwykle musiał pokrzyżować plany syna.
-Mama mówi, że skoro nie idziesz do szkoły to możesz z babcią pójść na msze
na 12. Dawno nie była w kościele. –Werner poczuł, że słabnie. Ojciec
spojrzał z żalem na syna. Teściowa była największym koszmarem, ale przy
matce nic złego o niej powiedzieć nie można było.
-Dasz rade. Dam ci potem na tą kartę telewizyjną może... Jak przeżyjesz.
-Dzięki tato- i podążył się ubrać do przedpokoju. Spotkały go dwie najgorsze
rzeczy, jakie mogły spotkać. Wyjście do kościoła i spotkanie z Babcią.
***
Czterdzieści minut później Werner znajdował się z babcią na przystanku. On
osobiście przeszedłby się ten jeden przystanek, ale babcia widziała coś w
tym tramwaju, czego on nie widział i koniecznie musiała tym jechać. Tramwaj
podjechał, drzwi się otworzyły i babcia zaczęła zdobywać stopnie tramwaju
niczym strome zbocza Mont Everest. Trochę jej to zajęło, bo Wernerowi nawet
do głowy nie przyszło popchnąć babcie. Zaraz po babci wszedł do środka. I
to, co go tam zdziwiło to, to, że babcia siedziała już na drugim końcu
tramwaju. Nie mógł pojąć, w jaki sposób tak szybko tam dotarła. Jeszcze
przez taki tłum. Po pięciu minutach byli pod kościołem. Tu babcie zostawił,
która zaraz potem pognała na przód do innych moherów. Werner postanowił
zostać gdzieś z tyłu by go ksiądz nie zauważył. Pogłoski bowiem chodziły, że
pedał był z niego straszny. Jak zresztą każdy ksiądz według Wernera.
Początkowo myślał, że przetrwa tą msze i wróci spokojnie do domu. Niestety
nic nigdy nie jest tak piekne. Siedział spokojnie póki mohery nie zaczęły
śpiewać, z jego babcią na czele. Takiego wycia w życiu nie słyszał. Nie
przetrwał nawet pięciu minut. Wyszedł szybkim krokiem, trzaskając drzwiami,
a wszystkie moherowe berety spojrzały się w jego stronę zawistnym wzrokiem.
Na świeżym powietrzu odsapnął już trochę. Stanął gdzieś z boku oparty o
ścianę. Jakiś cień czaił się za rogiem. Spojrzał w tamtą stronę. Jedyne co
zobaczył to moher. W życiu nie widział latającego beretu. Spojrzał w dół. A
jednak był właściciel. Wąsy wskazywałyby na to, że to mężczyzna, zapach, że
trup, a głos na kobietę. I to coś mówiło do Wernera. Szok z lekka. Co to
chciało? Zaczął odcyfrowywać dziwne dźwięki. Jak by nie kombinował
wychodziło mu coś w stylu „Niech mi kądz sa buzi”. Moher niedowidział i
myślał, że ma do czynienia z prawdziwym księdzem. W tym momencie Werner
pożałował, ze chodzi w koszulach z koloratkami. Moher dobierający się do
księdza. Nie wiedział kto jest bardziej zboczony. Ksiądz czy moher. Werner
odsuwał się powoli do tyłu, ale dziwna istota podążała jego krokiem. Nagle
uderzył w coś plecami. Odwrócił się i ujrzał... ekipę radiową?
Co ekipa radiowa robi przed kościołem? I wtem jego oczom ukazał się Maybach.
Spojrzał w lewo. Ekipa radiowa nosiła czapeczki z napisami Radio Maryja.
Moher, który cały czas chciał dobrać się Wernerowi do rozporka przeżegnał
się jakby ujrzał Matkę Bożą. Młody Cromwell wiedział, że proboszcz miał
chody w różnych światkach, ale nie wiedział, że aż takie. Nagle w Maybachu
otworzyły się drzwi. I ukazała się świetlista postać, krocząca dumnie w ich
stronę. I nawet Don Corleone przy nim wymiękał. Wszyscy padli na kolana, a
Werner stał nadal wryty w ziemie nie mogąc nabrać powietrza. A on był coraz
bliżej...
Odcinek 5: Czytelnik komiksów
Przywada kończył swoje czynności służbowe. I musiał stwierdzić, że niestety
nie ma ani świadka, ani motywu, ani nawet żadnego śladu czy też poszlaki.
Był wściekły. Taka zbrodnia nie zdarzyła się w Polsce od czasów sławetnego
Rzeźnika. Teraz media zaczną znowu żerować na policji i cudzym nieszczęściu.
Jeszcze bardziej wkurzało go to, że ofiara to dyrektor jednego z najlepszych
liceów w tym kraju. Gdyby zabili jakiegoś szaraczka, to raz by wspomnieli o
tym w gazetach i koniec afery. Nie rozumiał ludzi. Właśnie wychodził, gdy
zobaczył siedzącego na oknie Wernera ze słuchawkami w uszach. Zdawał się być
pogrążony w myślach. Niezwykły dzieciak. Przywada miał pewność, że wiele w
życiu osiągnie. Choć będzie to trudne, gdy nikt go nie będzie rozumiał.
Podszedł do niego.
-Wiesz, nic nie mamy. Totalnie nie wiemy co robić. Pech, że to musiało się
zdarzyć akurat w moim mieście. Nadal istnieje możliwość, że to ty go
zabiłeś, choć wszystko mówi, że nie mogłeś to być ty. Powoli zdaje sobie
sprawę, że chyba ta sprawa z nami wygra. -Cromwell popatrzył uważnie na
komisarza. Lubił go. Pierwszy dorosły człowiek, do którego czuł jako tako
sympatię.
-Wiem, że to nie ja i mnie to wystarczy. Zresztą i tak nie miał bym ani jak,
ani kiedy tego zrobić. Wiec przykro mi. Przeszukaliście szkołę?
-Tak, ale to nic nie dało. Nie mam pojęcia jak ten ktoś to zrobił. Głowę
odciął tasakiem. Można taki kupić w każdym hipermarkecie. Wiec to nam nic
nie daje. Rany zostały przypalone. Jak sprzątnął krew też nie wiemy. Nic nie
wiemy. Nasza bezradność mnie tak denerwuje chłopcze...że....aa szkoda gadać.
Masz jakieś pomysły z tym Kinda.. coś tam?
-Hm.. nic w przyrodzie nie ginie. Skoro krwi nie ma tutaj to musi być gdzieś
indziej. -Przywada zamyślił się. Chłopak miał racje. To było tak oczywiste a
oni tego nie zauważyli. Chociaż cos mu nie pasowało.
-Skoro dyrektor nie został zabity tutaj to gdzie w takim razie?
-Tutaj został zabity. Ja bym to zrobił tak: założył plastikowy worek na
głowę, udusił. Odciął głowę na folii, przypalił rany. I zamienił ciała
pozostawiając głowę dyrektora. –Przywadzie rozszerzały się oczy wraz z tym
jak mówił chłopak. To było jedyne logiczne wytłumaczenie jakie dzisiaj
usłyszał. Ktoś zamienił ciała. Ale jak i kiedy? Nie zauważono nawet różnicy.
To trzeba będzie jeszcze sprawdzić, ale elementy układanki nareszcie się
dopasowują. Tamten człowiek musiał niedawno zostać zabity, że nie zauważono
różnicy. Zatrzymał jednego ze swoich ludzi.
-Sprawdź listę osób zaginionych z ostatnich dziesięciu dni i sprawdź czy
nikt nie był podobny do naszego dyrektora. I porównaj DNA obu części ciała.
-Dobra.!- I pognał z jakimś pudełkiem dalej
-Dzięki chłopcze. Nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Dwudziestu dorosłych
ludzi nie wykombinowało przez cały dzień tego, co ty tutaj w kilka sekund.
Nie możliwy jesteś. – Werner nie skrywał zadowolenia. Lubił jak ktoś go
chwalił, jak czuł się lepszy od innych.
-Czytam komiksy.- Komisarz zdziwił się z lekka.
-Co mają komiksy do morderstwa?
-W wielu komiksach były podobne zbrodnie i właśnie tak je popełniono. Na
przykład we wspomnianym tu Kindaichim, choć tam było to trochę bardziej
pogmatwane.
-A ludzie mówią, że młodzież wychowywana na komiksach to zło, a tu proszę.
-Panie komisarzu?- Jakiś młody policjant stanął obok nich.
-Tak?
-Trzy godziny temu odwieźliśmy sekretarkę do domu. Właśnie dostaliśmy
telefon od jej męża. Znalazł ją martwą w łóżku.- Przywada zamarł, a Werner
zszedł z okna. Martwy dyrektor i martwa sekretarka. Wiedział, że to nie
koniec atrakcji.
Odcinek 4: Kindaichi >> 11
lutego 2006 14:47
Policja przyjechała prawie natychmiast po telefonie sekretarki, która teraz
siedziała rozdygotana w jakimś kącie z policyjnym psychologiem. Szkoła
została zamknięta i nikt nie mógł wyjść. Uczniowie zmuszeni zostali do
pozostania z wychowawcami w klasach. Jedni byli podekscytowani, inni
zdenerwowani, a jeszcze inni przestraszeni. Tylko Werner zdawał się
zachowywać zimną krew. Zresztą i tak był jedynym uczniem, który nie siedział
w klasie. Oparty o ścianę obok drzwi do sekretariatu czekał aż wezwie go
komisarz prowadzący sprawę. Nie reagował wcale na chaos go otaczający. Co
chwila ktoś wchodził i wychodził przez drzwi obok. W końcu ktoś go poprosił
do sekretariatu. W środku było kilka osób, każda zajęta swoimi sprawami.
Werner spostrzegł czterdziestoletnią sekretarkę. Ogólnie wszystko wyglądało
jak na filmach. Szarość, cisza, smutek, śmierć czająca się gdzieś za
plecami. I co najdziwniejsze, wcale go to nie ruszało.
-Dzień dobry. Jestem komisarz Przywada z dochodzeniówki. Prowadzę śledztwo w
tej sprawie. Możesz mi pomóc? – Werner odwrócił się i spojrzał na komisarza.
Sprawiał dobre wrażenie.
-Werner Cromwell. Miło mi. Jak mogę panu pomóc? – Oficjalny ton Wernera
zaskoczył Przywadę bardziej niż jego imię i nazwisko, a nawet dziwny strój
ucznia. Pierwszy raz widział nastolatka w czarnej koszuli z koloratką. Do
tego w szkole, w której na co dzień obowiązywały mundurki.
-Po co ci koszula z koloratką? – Werner spojrzał zdziwiony na komisarza.
-Tak ubieram się na co dzień, ale wątpię by wzywał mnie pan tutaj tylko po
to by zobaczyć dziwoląga z koloratka na szyi.
-No tak. Oczywiście. Posłuchaj, i tak pewnie wiesz co się tutaj dzieje, więc
pominę to. Chodzi o to, że sekretarka mówiła, że byłeś dziś u dyrektora. Z
tego co tutaj o tobie usłyszałem wnioskuję, że masz kiepską opinię w tej
szkole. Zresztą i tak muszę przepytać wszystkich, z którymi dyrektor się
dziś widział. Z tobą włącznie. Więc jeśli masz coś na sumieniu, powiedz od
razu. Widziałem już 13-latków mordujących swoje matki, więc nie lubiany
uczeń mógł zabić dyrektora. Nic nie stało na przeszkodzie.- Gra spojrzeń.
Komisarz był jednym z najlepszych w tym co robił. Przesłuchiwanie ludzi
sprawiało mu przyjemność, moment kiedy mógł poczuć swoją wyższość nad
innymi. Jednak w tym dzieciaku było coś, co go niepokoiło. Zero strachu.
Chłopak stał sobie spokojnie jak gdyby nigdy nic. Oczy mu nawet nie drgnęły,
gdy Przywada oskarżał go.
-Możemy wejść do gabinetu?- Przywada zamarł. Dzieciak chciał wejść do
gabinetu z trupem. Zamiast martwić się o siebie, być przerażonym i dzwonić
po matkę. Chciał wejść i zobaczyć zabitego. Pierwszy raz przytrafia mu się
cos takiego.
-No dobrze. Skoro chcesz to możemy, ale czy wytrzymasz?- Werner spojrzał się
z politowaniem na komisarza.
-Wydaje mi się, że dam, ale nie dowiem się póki nie wejdę.- Przywada nic nie
powiedział tylko otworzył drzwi. Werner wszedł do środka. Pierwsze co ujrzał
to czwórkę ludzi krzątających się przed biurkiem. Gdzieś pomiędzy nimi widać
było siedzącego dyrektora. Podszedł bliżej. W fotelu siedział dyrektor i
całkiem normalnie by wyglądał gdyby nie fakt, że pozbawiono go głowy, która
teraz stała szyją na biurku, twarzą w stronę ciała swojego właściciela. Ręce
dyrektora spoczywały na jego przyprószonych siwizną włosach. Werner odwrócił
się do komisarza.
-Zbrodnia w zamkniętym pomieszczeniu. Nikt nie mógł tu wejść, nikt nie mógł
wyjść. Do tego zero śladów i brak krwi, a przy takiej ranie na pewno było by
jej pełno. Zbrodnia na pozór doskonała.- Przywada spojrzał się na
wychodzącego ucznia.
-Skąd to wiesz? Spojrzałeś i wiesz? – Werner zatrzymał się w drzwiach
-Nie. Po prostu czytałem Zapiski Detektywa Kindaichi, bardzo fajna lektura,
polecam. Będę czekał przed sekretariatem jakby jeszcze coś pan chciał.- I
wyszedł, pozostawiając komisarza Przywadę w osłupieniu.
Odcinek 3: Przewrót >> 8
lutego 2006 22:57
Werner zamknął za sobą drzwi gabinetu i stanął przed biurkiem. Dyrektor
zdawał się nie zwracać uwagi na ucznia i dalej wertował jakieś papiery.
Cromwell nic sobie z tego nie robił. Postanowił zagrać w grę skoro tak
chciał dyrektor. Podszedł do obrazu, stanął i wpatrywał się w niego swoimi
wielkimi oczami. Dziesięć minut później dyrektor nie wytrzymał. Uczeń stał
jak gdyby nigdy nic i wpatrywał się w obraz.
-Podoba ci się? – Werner nawet nie drgnął. Patrzył dalej. Po chwili udał, że
ocknął się z zamyślenia i spojrzał zdziwionym wzrokiem na dyrektora.
-Mówił pan coś do mnie? – Janusz, tak bowiem brzmiało niezbyt wymyślne imię
dyrekcji I LO spojrzał zszokowany.
-Werner do jasnej cholery!! Co ty sobie pozwalasz? Myślisz, że będę pozwalał
na takie coś? Tutaj? W moim gabinecie?! W mojej szkole?!- A nasz bohater jak
to on nic z podniesionego tonu dyrektora nic sobie nie robił i podszedł do
drugiego obrazu.
-Musi pan zmienić wystrój gabinetu. Naprawdę... może to feng- shui sprawia,
ze pan taki nerwowy. – Dyrektor Janusz spojrzał na swój gabinet. Fakt. Był
staromodny, niewygodny i każdy mu mówił żeby zmienił wystrój. Ale
oszczędność. Nie mógł pozwolić na takie burżuazyjne rzeczy. Na chwilę się
opamiętał. Bo Werner właśnie kombinował jak dostać się do okna za biurkiem.
-Werner siadaj. Mamy poważnie do pogadania. – Werner wcale nie miał ochoty
siadać, ale jak go tak ładnie proszą to postanowił, że w ostateczności
usiądzie. A co mu tam.
-Dobrze... masz zacząć nosić mundurek. Rozumiesz? – Młody Cromwell zrobił
maślane oczy udając, że nie za bardzo rozumie.
-Nie rób z siebie głupka. Teraz rozmawiamy poważnie.
-Dobrze... ale po co pan mi to mówi skoro zna pan moje zdanie na ten temat.
– Poprawił sobie koloratkę i rozłożył się wygodnie w fotelu.
-Werner!! Znasz regulamin szkoły. Podpisałeś go. To, że twoi rodzice
wpłacili datek na szkołę, nie upoważnia cię do robienia tego, co chcesz, a
tym bardziej twoje nazwisko.
-Nazwiska sobie nie wybierałem, ale jestem z niego dumny. To, że rodzice
wpłacili datek to ich sprawa, oni wpłacali, nie ja. A podpisałem, bo mi
kazano, nie dlatego że chciałem. I będę ubierał się tak jak mi się podoba. Z
całym szacunkiem dla zasad szkoły. Ale po co są te cale mundurki? Przecież
ja widzę potem jak w autobusach i w tramwajach się przebierają i wrzucają to
wszystko do siatek. Głupota. Tylko irytuje uczni i źle wpływa na ich komfort
nauki.- Dyrektorowi nie podobało się, że jakiś szesnastolatek mówi do niego
jak równy z równym
-Masz nosić mundurek, zmieniać buty i zetnij ten warkocz.- Werner nie lubił
jak ktoś się czepiał jego warkocza. Bardzo go to denerwowało.
-Widzę, że nic się nie zmieniło. Nie mamy chyba o czym rozmawiać. A myśl, że
może mnie pan wyrzucić ze szkoły albo zrobić mi coś może sobie darować. Bo
po pierwsze i tak pan nie wygra, z całym szacunkiem do pana oczywiście, a po
drugie nic to nie da, ani mi, ani panu. Wiec miłego dnia życzę i do
widzenia! – Posłał dyrektorowi uśmiech i wyszedł. Dyrektor siedział w fotelu
jeszcze 10 minut potem i nie wiedział co ma na ten temat myśleć. On miał
rację. Tak naprawdę nic nie mógł mu zrobić. Werner nie jest typem, który
dawał się łatwo opanować. Idealistą, który zrobi wszystko dla swojego celu.
Poniósłby wszelkie koszty. Zresztą wyrzucenie ucznia z takimi wynikami
egzaminów kompetencyjnych równałoby się z naciągnięciem na siebie mediów. Co
prawda Werner miał kiepskie oceny. Ale ktoś z taką inteligencją nie musiał
się uczyć. Z egzaminów zawsze najlepszy wynik. Dziwny człowiek, rzadko można
takich spotkać. Tym czasem za drzwiami Werner rzucał jeszcze jeden uśmiech
sekretarce i zbierał się by oddalić w stronę klasy, w której miał teraz mieć
lekcje. Gdy zniknął za drzwiami sekretarka zajrzała do dyrektora spytać się
czy w czymś nie pomóc. Gdy pięć godzin później wchodziła do gabinetu spytać
o to samo, dyrektor siedział martwy w fotelu...
Odcinek 2: Nowy semestr >> 4
lutego2006 14:55
Werner spał w najlepsze, kiedy uderzyło go coś z niewyobrażalną siłą w
ramię.
-UAAAGHORGH!!!! –dało się usłyszeć spod kołdry a następnie chrapanie. Matka
trąciła go jeszcze raz. Znowu nic. Oczom matki ukazała się wieża. Włączyła
radio, ustawiła Eskę i przekręciła regulator głośności do oporu. Werner jak
oparzony wyskoczył z łóżka, padła na podłogę i pozostał na niej w pozycji
embrionalnej. Kochana mamusia ściszyła troszkę i usłyszała jak Werner mruczy
coś do siebie o chorych ludziach, kiwając się w te i we w te. Mamusia
widocznie nie lubiła jak wyzywają ją od chorych, więc przekręciła pokrętełko
z powrotem. Werner jęknął, zatrząsł się i pozostał w bezruchu.
-Za 30 minut musisz wychodzić do szkoły. Pośpiesz się.
-Chwila... jakiej szkoły? Ferie są... – zatrzymał matke w drzwiach
-O nie Wernerku. Ferie się skończyły. Czas do szkoły. A i nie zapomnij
mundurka. –W oczach młodego Cromwella pojawiło się przerażenie, a w oczach
matki perwersyjna przyjemność. 30 minut później Werner jechał rozlatującym
się tramwajem linii 46 do szkoły. Zajął miejsce jak najszybciej by, żadna
babcia z Bałuckiego mu nie siadła. Mimo to i tak przez całą drogę musiał
wysłuchiwać dennych rozmów i dyszenia jakiegoś żywego trupa nad uchem. Odór
nie do wytrzymania... przypomniała mu się babcia. Z trudem powstrzymał
odruch wymiotny. Tramwaj zatrzymał się i Werner pobiegł do szkoły. Jak
zwykle się spóźni. W drzwiach zatrzymała go woźna.
-Buciki masz Cromwell? – Werner spojrzał na ubłocone brudnym śniegiem glany.
-Ależ oczywiście, że mam... mama w końcu kupiła.- Wiedział, że woźna nie
uwierzy, a przepuścić i tak przepuści, bo kłótnia z Wernerem i tak jej nic
nie da. Przyzwyczaiła się.
-Werner... ty kiedyś wylecisz z tej szkoły, wiesz? –Werner był już, nie raz
bliski wylądowaniu w innej szkole, ale jego idealizm nie pozwalał mu
przegrać z systemem.
-Prędzej zwolnią dyrektora niż mnie.- Posłał woźnej zniewalający uśmiech,
przepchnął się bokiem i pognał do sali. Pierwsza była Biologia. Przed
drzwiami zatrzymał się i uspokoił oddech. Gdy wszystko było ok. wszedł
obojętnie do sali. Rozejrzał się po twarzach i uśmiech zniknął z jego
twarzy. Znowu ci ludzie...Ruszył w stroną swojego miejsca na końcu, gdzie
siedział sam.
-Werner, Cromwell, co ty robisz? – Odwrócił się do nauczycielki biologii
-Jak to, co? Idę usiąść w ławce. Przepraszam za spóźnienie oczywiście.-
Utkwił wzrok w nauczycielce.
-A mundurek gdzie masz?- Werner spuścił głowę. Teraz czekał go wykład. Dużo
już takich przeżył w tej szkole.
-Do tej pory to tolerowaliśmy, ale teraz już tak nie będzie Werner. Będziesz
nosił mundurek jak wszyscy uczniowie tego liceum. Idź do dyrektora.
Werner wcale tym nie poruszony wyszedł z klasy i ruszył w stroną
dyrektorskich drzwi.
Bez pukania wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. A sekretarka z
niepokojem przypatrywała się zamkniętym drzwiom...
CDN na prośbę wielu czytelników Żywotaa Wernera następny Odcinek w środę o
19. Więc Werner ukazywać się będzie w Środy –19.00 i w Soboty – 15.00
|
|
|