| |
|
2006
-styczeń
-luty
-marzec
-kwiecień
-maj
-czerwiec
-wrzesień
|
Odcinek 23: Krew na śniegu.
Mroźna polska zima nie sprzyjała trzem obcokrajowcom, brnącym przez śnieg po
kolana.
Tak jakby chciała by się stąd wynieśli, najdalej jak można. Ale dlaczego?
Przecież niczym nie różnili się od innych ludzi. Patrzyli na to samo niebo,
grzało ich to samo słońce i oddychali tym samym powietrzem. Czy powodem
potępienia ma być inny język ich poetów? Czy też może ubiór z czerwonymi
przepaskami i czarnymi krzyżami układającymi się w znak swastyki. Oddali by
wszystko za możliwość znalezienia się przy swoich żonach. Jednak na razie,
póki nie odnajdą swojej kompani, muszą się gdzieś schronić i przeczekać
zawieruchę.
-Hans, siehst du? Eine Kirche! – Niemiec wskazał ręką przed siebie. Hans
wytężył wzrok
-Gott sei Dank! Matthias, hier können wir Schneesturm abwarten! – Hans mocno
potrząsnął zasypiającego Matthiasa. – Es ist schon nicht weit.
Wzięli osłabionego przyjaciela pod ręce i ruszyli dalej. Kilkanaście minut
później byli przed kościołem. Drzwi były otwarte i zapraszały do środka, tak
jakby kościół czekał tu na nich od dawna.
***
Mały Piotrek lubił bawić się z Szarikiem. Pies miał w sobie tyle energii,
tyle radości. Był lubiany przez wszystkich domowników. Dzisiaj miał lepszy
dzień najwidoczniej bo wyrwał się ze sznurka i pobiegł gdzieś przed siebie
po śniegu. Piotrek popędził za nim. Kilka dni temu była wielka śnieżyca, to
teraz chłopcu trudno było biec szybko i co chwila się potykał. Mimo to zaraz
potem wstawał i leciał dalej. Nie mógł przecież zgubić psa. Przebiegł, przez
pole i mały lasek. Mama nigdy nie pozwalała mu aż tak się oddalać. Dobiegł
za psem do małego kościółka. Szarik był dziwnie niespokojny. Piotrek bał
się, ale dziecięca ciekawość zwyciężyła. Podszedł do otwartych drzwi, ale
nie wszedł do środka. Mimo południa, było tam bardzo ciemno. Po prawej
stronie kościółka stał krzyż. Na śniegu dokoła niego znajdowały się czerwone
plamy. Krew ściekała z figurki przybitego Jezusa. Figura uśmiechnęła się do
chłopca złowrogo, z kącika ust kapnęła krew. Parę dni później w wiosce
zapanowała żałoba. Szarik wrócił bez właściciela. Po Piotrku pozostała tylko
krew na śniegu.
***
Werner obudził się zlany potem na krześle stojącym przy barze. Dziwny sen,
cholernie dziwny. Werner był osłabiony. Ostatni dzień, przyniósł mu dużo
wrażeń. Rozejrzał się dookoła. Zaczynało już świtać. Nadal byli w pociągu.
Na koncie mordercy były dwa trupy. Plan Wernera trzeba wprowadzić w życie.
Do dzieła. Czas obudzić wszystkich.
Od Autora:
Do dzisiejszego odcinka wykorzystałem shorta napisanego przeze mnie na
potrzeby jednego forum. Short składa się, z dwóch pierwszych części
oczywiście i myślę, że jest bardzo ciekawy;) Więc możecie go interpretować
jako oddzielną historyjkę.
Odcinek 22: THE END
Deszcz walił z całych sił w dach pociągu. Nikt nie wiedział co się działo.
Totalna dezorientacja. Do wagonu restauracyjnego wpadł jakiś mężczyzna
przemoczony do suchej nitki. Widocznie tak mu się spieszyło, że nie wziął
płaszcza nawet ze sobą. Ludzie zawsze zapominają w stresie o najważniejszym,
a potem będzie leżał w łóżku przez miesiąc. No chyba, że taka praca, to nic
się na to nie poradzi.
-Gdzie jest komisarz.? – wysapał mężczyzna. Ludzie popatrzeli po sobie.
-Chyba poszedł gdzieś tam, ale to komisarz? Taki nieudolny? – mężczyzna,
prawdopodobnie policjant zbył tę uwagę milczeniem i poszedł we wskazanym
kierunku. Doszedł do toalet. Wszedł do środka i zobaczył 3 osoby, w tym
dziecko stojące nad trupem dziewczyny. Czemu trupem? Bo nie oddychała,
trudne to by było z szyją przebitą widelcem na wylot. Komisarz odwrócił się.
-Marek? Coś się dzieje? – spytał. Marek jeszcze oddychał z trudem. Widać
było, że nie na co dzień miał takie sytuacje i najchętniej poszedłby do
domu, do żony i telewizora.
-Tak.. tory podmyło.. więc pociąg ni może ruszyć. Jak tak dalej pójdzie to
zaleje nam miasteczko.. – westchnął.- widzę, że tu też nie najlepiej.-
zerknął w dół i zadrżał.
-Kurw.. no niedobrze.. ale to znaczy, że i my i morderca nie możemy opuścić
na razie pociągu. – zamyślił się na chwilę... – dobra.. zabezpieczamy tutaj.
Przyślij ekipę z powrotem. Zabezpiecz cały pociąg. Nawet jakby ziemia się
trzęsła macie nie spuszczać mi z niego oka. Zatrzymać każdego, kto będzie
chciał wyjść i do mnie. Aaa i jeszcze. Wiadomo kim są ofiary? – Marek się
zmieszał, a komisarz już znał odpowiedź.
-No boże.. co za ofiary losu z was.. załatwiać mi to szybciej.
-No ale nie da się.. meldunek nie może tu dotrzeć z komendy. Nie w taką
pogodę. – Komisarz zrobił się czerwony.
-Kur.. nie podoba mi się to. Dobra. Do roboty. – policjant Marek odszedł
pospiesznie. W drzwiach do toalety minął jakąś kobietę. Kobieta wparowała do
środka.
-Przepraszam, można?! – wszyscy spojrzeli na nią.
-Na pani miejscu poczekałbym, albo poszedł do innego wagonu. – odparł Werner.
-A cze... – po wyrazie jej twarzy można było rozpoznać, że zobaczyła to co
skrywali za plecami. Kobieta wrzasnęła coś niezrozumiale i wybiegła na
korytarz trzaskając drzwiami do toalet.
-Co ona krzyknęła? – zapytał ksiądz Andrzej?
-A nie mam pojęcia.. jakieś Aghrmamamadasopfhrprtyrtyk. – Komisarz spojrzał
na Wernera. Dziwił się, że ten niczym się nie przejmował i jeszcze starał
się żartować. Dziwny dzieciak.
-Nie żartuj sobie. Krzyknęła, coś jakby „O bożeee... kolejny trup..
morderca!!!!” jakoś tak. A to nie wróży nic dobrego. Dzięki tej histeryczce
cały pociąg popadnie w panikę. Będzie Sajgon. – Ksiądz się przeżegnał
-Boże, daj siły w tych trudnych chwilach. – wyszeptał.
-No nie no. Nie rozumiem panów. – powiedział Werner stanowczym tonem. – jak
tak można. Nie co dzień dostaje się od losu takie wyzwanie. Złapać mordercę
i nacieszyć się widokiem histeryczek. Uśmiech, grunt to uśmiech. Proponuje
zrobić tak by morderca sam siebie wydał.
Za mną. – Ksiądz i policjant popatrzyli na siebie. Nastolatek zaczął nimi
kierować. Świat się kończył. Gdyby tylko wiedzieli, że pomyśleli o tym w złą
godzinę. Bo świat się naprawdę kończył.
Oto nigdzie niepublikowany
scenariusz na lekcję języka polskiego. Jego założeniem było uwspółcześnienie
i wystylizowanie mitu o Dedalu i Ikarze na sitcom. Autorstwa Aradesha, z
malymi poprawkami Tom'asha.
T: Ty…
A: No ja…
T: Może byśmy zaczęli pisać ten scenariusz?
A: Taa… ewentualnie…
T: Ano…
A: Taaa…
T: Hmmm…
A: Nie no… się zgłosiliśmy to wypada w koncu się zabrac…
T: W sumie… to poniedziałek już jest a my nic nie mamy…
A: Ano… to dajesz… zarzucaj motyw jakis…
T: No tooooo… mozeee….by taaak… hemmm….
A: .. yyy… nie?
T: Dobra… to moze by tak… polisz realities?
A: Oż…
=== wizyja ===
Od razu ostrzegamy, iż jest to opowieść mająca podstawy ściśle związane z
mitem o Dedalu i Ikarze, lecz dostrzeżenie jej wymaga uważnego oglądania…
żeby nie było
- <glos z offu> 22 marca 2011 roku. Środek wojny między moherami, pisem,
radiem Maryja a innymi… Jak na razie remis, godzina 23 w nocy… stara
kamienica w Toruniu- więzienie dwóch najgroźniejszych bojownikow z załogi
Innych.
-<głos z offu 2> TERAZ JESTEŚCIE MOI! HAHAHAH<demoniczny śmiech> NIKT NIE
WYGRA Z OJCEM PIECZARKIEM!!! NIKT!!! HAHAHAHAAAAAA!!!
A: oż…
T: Też tak myśle…
A: hem… hemhem… wpadliśmy. Tyle powiem. Ale cza być twardkim a nie mientkim
i probować się stąd wyrwac…
T: Ano… mówiłem ze rzucanie się we dwóch na stuosobowe komando moherowych
beretow nie jest najlepszym pomysłem? <idiotyczny śmiech z offu>
A: Ano… nie pomyślałem o tym aspekcie naszej dywersyjno-prewencyjnej akcji…
T: Bywa… To jak…?
A: Kombinieren…
T Coż my tu mamy… McGyver zrobilby z tego pewnie śmigłowiec…znając nasze
mozliwości... a są one nikłe możemy zrobić z tego drucianą szczoteczkę do
zębów...albo cedzaczek... jakiś pomysł?
A: Taaa… a czy ja wyglądam na McGyvera? Albo ty?
T: Nom nie…i wlasnie dlatego trzeba skołować coś oryginalnego… coś handmade
by us…
A: No więc. Mamy do wyboru…Albo samobojcza akcja z karabinami maszynowymi na
orzeszki ziemne <kolejny debilny śmiech z offu> albo… no właśnie … albo co?
T: Popatrzmy na sytuację chłodnym okiem eksperta <wyjmuje z kieszeni oko
profesora Miodka> Co powiesz?<do oka>
O: Ja że tak powiem proponuję <rozgląda się naokoło>… Bosz… tu macie złomu
wystarczająco dużo na zbudowanie ruskiego T-24 a wy się zastanawiacie… co za
ludzie… ide stąd.. .<oko podskakując ucieka w stronę drzwi> ósemka
cholera... <jeszcze głupszy smiech z offu>
T: I se polazł...oż.. i Orbitki zabrał.
A: Spoks mam Mentosy...<wyjmuje z kieszeni>
A: Ty … on ma rację… To ja mam propozycjon <wyjmuje telefon> McGyver? Tak!
Tu Tadeusz Dal… tak… słuchaj… mamy tu silnik od trabanta, starą motorynkę,
sporo rurek, troche płotna, śmigiełka i pare innych pierdołek… co możemy z
tego wykombienieren?
MG: No więc. Jest to Wery izi… Kotwy mocujemy do spodniej części ościeżnicy
poprzez ich mechaniczne zakleszczenie w zaczepach profilu ościeżnicy.
Zakleszczenie odbywa się poprzez wsunięcie w pozycji równoległej do profilu
ościeżnicy wystających ząbków kotwy w rowek zaczepowy (wytłoczone prowadnice
na spodzie profilu) i mocne przekręcenie kotwy o 90 st. w kierunku do
wnętrza mieszkania przez następuje trwałe mechaniczne połączenie kotwy z
profilem ościeżnicy. Dodatkowo zalecamy przykręcenie kotew za pomocą wkrętów
samogwintujących 4 x 25 mm (boki i góra ramiaków) oraz 4 x 60 mm (dół ramy)
jak to przedstawiono na rys. 2 – 9.
Początkowe i końcowe kotwy muszą być zamontowane w odległości ok. 150 mm od
wewnętrznego naroża oraz od osi słupka (dla okien ze słupkiem) a odległość
między następnymi sąsiednimi kotwami nie powinna przekraczać maksymalnie 600
mm.
T: No przecie! Jak ja mogłem na to nie wpaść! Banał! Dobra.. teraz serio...
tylko ja go nie zrozumiałem?
A: Eeeee... Dzięki Mac… jak zawsze przydatny
MG: Noł problem…
<po 3 godzinach prob, 4 metrach bandaża(u) i zuzyciu 2 litrow wodu
utlenionej, naszej ekipie udało się stworzyć…>
A: No! Widzisz… zagraniczne znajomości się przydają…
T: Ano… w Mongolii tez miałeś znajomości i musieliśmy uciekać przez pół
kraju żeby nas wykastrowany mongolski oddział talibów nie zaszlachtował.
A: Bosz... wtedy miałem gorszy dzień...
T: Talibowie mieli lepszy jak mnie złapali i pokazywali teledyski Mandaryny
przez 4 dni non stop
A: Ciii.... No więc… Mamy tu oto <pokazuje na 2 tandetne samolociki zrobione
z plasteliny> wspaniałe miniaturowe śmigłowce.< kolejny smiech z offu>
T: Haha! Jesteśmy seżenial! To teraz co mamy z tym zrobic? Sprzedać na
bazarze jako dzieło sztuki awangardowej i kupić odrzutowiec czy co?
A: No w sumie możnaby…
-<głos z offu 3>: NIE MYŚLEĆ O GŁUPOTACH, TYLKO KOMBINOWAĆ JAK STĄD UCIEC
PATAŁACHY!!!!
T: Oż…
A: No więc… wsiadamy, wyskakujemy przez okno, i ziuuuuuu…
T: Taaa… przecież ty latac nie umiesz...
A: Tylko pamiętaj Ireneuszu Karze, abyś nie latał zbyt blisko wyrzutni
moheru-z-beretow! Wiem iż jest to nader kuszące, lecz nie robże tego synu
Euzebiusza i wnuku Zdzisława!
T: <złapała go zgacha> oż..
A: Haha! Ale mowke strzeliłem! A co!
T: Taaaa... Dobra… to jadziem… drążek do siebie, uważać na moher… loos…
A: To dawajesz.
T: Pokażemu moherom kto tu rządzi...sasasasassasasa
<aktorzy dają pokaz żenującej sztuki latania biegiem- biegają sobie po Sali
udając samolociki>
T: O jejku jej… ależ te wyrzutnie są fajowski.... osz motyla noga
-<głos z offu 3>: Przepraszamy za denność końcowych kwestii, ale scenarzysta
uznał, że za takie grosze pracować nie chce, więc dialogi kończyła moja
zaprzyjaźniona dżdżownica Kamila.
A: O jejuś! Ireneuszu! Nie lećże tam!
T: O kurka wodna! Już za poźno! Trafili mnie! <z pełnym dramatyzmem> nie! O
nie! Tadeuszu! Ratujże!
A: Och nieeeeee < robi dramatyczny gest rozpaczy> Już za poźno! NIeeeeeee…
<Ireneusz spada- żenująca scena zależna od stanu umysłu aktora>
ŁUBUDUUU- onomatopeja
-<głos z offu 1>: Dobra… to już by było na tyle. Nieprawidłowości językowe
są jak najbardziej zamierzone, więc…
A: Oż… ty… Tomasz… popatrz… jakie banany na twarzach…
T: Taaa… ciekawe czemu?
A: Sam nie wiem… teraz wstawaj… idziemy… piw..yyy… Pepsi w lodowce się
chłodzi…
T: Taaa…
-<głos z offu 2>: Głos z offu 1, Głos z offu 2 (czyli jakżże genialny JA,
Głos z offu 3, Śmiech z offu, no i może jeszcze wymienimy przy okazji tych
tam dwóch cieniasow… jak im tam było…??? Yyyy… o! Pardon… już mam Alek i
Tomasz. Scenariusz- zaraz.. chwila...., yy… już kończymy nagrywano? To może
ja jeszcze coś zaśpiewam… <T i A nagrani> NIEEEEEE
Odcinek 21: Widelec numer 2
Postój pociągu przedłużył się aż do 22. Padał silny deszcz i co chwila
grzmiało gdzieś tam w oddali. Jedni ludzie byli przerażeni, a inni
zdenerwowani. Co chwila ktoś z innych wagonów przychodził spytać się jak
długo będą tak stać bezczynnie. Policjant zbywał to kulturalną jak na niego
prośbą o pozostanie w swoim przydziale i nie irytowanie władzy podczas
śledztwa.
Wernera to wszystko śmieszyło. Nawet fajny był. Ksiądz z kolei siedział
cicho w kącie i prawdopodobnie się modlił o coś. Pewnie o dusze zmarłego,
albo żeby Bóg wypędził demona z Wernera. Obie wersje były równie
prawdopodobne. Wszyscy byli już znużeni. Policjant coś tam notował. Z
przesłuchania księdza nic nie wynikło. Jechał do swojej nowej parafii.
Dokumenty się zgadzały. A jego wersja wydarzeń zgadzała się z zeznaniami
innych świadków. Nadeszła kolej na Wernera.
-Dobra chłopcze. Więc mówisz, że ktoś za tobą podąża i morduje ludzi?
-Nie wiem czy ktoś za mną podąża, ale faktem jest, że gdzie się nie pojawię
tam pojawia się także i trup. – policjant spojrzał chytrze na Wernera
-To może ty sam ich mordujesz?
-Nie. Nikogo nigdy nie skrzywdziłem i nie mam zamiaru.- Policjant coś
odnotował w zeszyciku. Werner spostrzegł, że wcale nie było to pismo tylko
coś nabazgrał, jakiś szlaczek. Najwidoczniej chciał aby opanowanie opuściło
Wernera.
-Więc oskarżasz tę o to dziewczynę – wskazał palcem w stronę prostytutki – o
morderstwo.
-Nie oskarżam jej. Ale jest możliwość, że to ona. Ofiara została zabita
widelcem. Widelec znajduje się zapewne ciągle w ciele denata. A tylko ona
nie posiada przy nakryciu widelca. Jednak mężczyzna siedzący przy barze
mówi, że zaginął jeden widelec z zapasowej zastawy.
Zresztą siedziała naprzeciwko niego więc musi coś wiedzieć. Pan ją
przesłuchiwał. – policjant się speszył. Dziewczyna po każdym pytaniu
wybuchała płaczem i nic nie dało się z niej wyciągnąć.
-Nie jest zdolna do złożenia teraz zeznań. – Werner spojrzał za plecy
policjanta.
-A przepraszam, ale gdzie ona poszła?
-Kto?
-No ta dziewczyna – policjant zrobił wielkie oczy. Odwrócił się gwałtownie.
-Gdzie ona jest? –zwrócił się do policjantki, która miała przy niej siedzieć
cały czas.
-Poszła do toalety. – Werner uśmiechnął się.
-Ja na pana miejscu bym poszedł do tej toalety. – policjantowi przypomniały
się słowa komisarza, żeby wierzyć temu chłopakowi na słowo i słuchać
wszystkich jego rad. Wstał i pognał na korytarz do toalety. Zapukał w drzwi.
Cisza.
-Jesteś tam? – nadal cisza. Policjant pomyślał, ze uciekła z pociągu. –Jeśli
tam jesteś to uważaj bo wchodzę. – nacisnął klamkę i nic. Było zamknięte.
Szarpnął mocniej. Nic to nie dało.
-Dajcie jakiś łom, albo coś innego!!!! – wrzasnął zza pleców policjanta
Werner.
-A ty co tu robisz? – Policjant popatrzył na Wernera, a ten z kolei na niego
i uśmiechnął się znowu szeroko. Te jego uśmiechy zaczynały wkurzać. Po
chwili przybiegł ksiądz z łomem.
-Proszę. – podał policjantowi. Ten zaparł się i podważył drzwi. Mocne
szarpnięcie i drzwi stały otworem. Wszyscy trzej weszli do środka.
-Proszę spojrzeć tutaj. –Werner wskazał palcem podłogę przed drzwiami.
Krwawa czerwień.
Policjant otworzył drzwi i już wszyscy wiedzieli gdzie był drugi zaginiony
widelec.
Odcinek 20: Grzmot
Bestia stała w wejściu do wagonu. Stęchły oddech raził nozdrza pasażerów.
Sapanie było nie do zniesienia. Kilka kobiet przeraziło się wyglądem bestii.
Ksiądz i policjant znieruchomieli.
-Co to jest do cholery? – wyszeptał cicho policjant. Bestia rozejrzała się
po twarzach ludzi. Zaczęła węszyć, jej wzrok pewnie nie był zbyt dobrze
przystosowany do rozpoznawania bardziej skomplikowanych kształtów.
-Proszę spojrzeć jak węszy. Szuka kogoś. Toż to śmierć wcielona.
Pomrzemy!!!!! – ksiądz najwidoczniej wpadł w panikę, bo schował się pod
stolikiem. Sierść bestii zadrgała. Najwidoczniej dostrzegła ruch. Zwróciła
pysk w stronę stolika, przy którym siedział Werner. Poruszyła się w tamtą
stronę.
-Ona tu idzie. Co robimy? – policjant zwrócił się do Wernera nie wiedząc
czemu. Bestia była coraz bliżej. Nagle skoczyła. Policjant w ostatniej
chwili odskoczył, cudem unikając śmierci. Wszyscy byli przekonani, że zaraz
rozpocznie się tutaj rzeź. Bestia jednak się zatrzymała. Nastała cisza.
Ksiądz z ciekawości wychylił głowę spod stolika. Popatrzył i powiedział:
-Ona chyba kogoś szuka. – poczym schował się z powrotem.
-Ale kogo? – odezwał się zaniepokojony kobiecy głos gdzieś z tyłu. Nagle
bestia skoczyła wysoko w górę i chwilę potem wylądowała przed samym Wernerem.
-Ona szuka ciebie!!! Coś ty za jeden? – policjant nie wiedział co ma myśleć.
Bestia była nieobliczalna. Równie dobrze to mógł być przypadek, że rzuciła
się na niego. Ale chłopak zdawał sobie nic z bestii nie robić. Wstał i
odepchnął bestię od siebie. Poczym zaśmiał się głośno. Wszyscy popatrzyli
zdziwieni.
-To tylko moja babcia. No ja wiem, że nie wyjściowa, ale żeby zaraz takie
przerażenie? – śmiech Wernera roznosił się przez chwilę po całym pociągu.
Ksiądz wyszedł spod stołu. Policjant już trochę ochłonął. Na tyle, żeby
znowu przejąć kontrolę nad sytuacją i zacząć krzyczeć na wszystko co się
rusza.
-Dzieciaku ty chyba jakiś nienormalny jesteś? Babcia?!?! Zamknij ją w
przedziale i niech nie wychodzi! Przecie to jakaś bestia wcielona. – Werner
udał zatroskanego.
-No wie pan? Przecież to moja babcia. Jak pan śmie tak bestie obrażać? –
Policjant się wkurzył. Pajac w koszuli z koloratką robił sobie z niego
żarty. Zrobił się cały czerwony na twarzy.
-Wynoś się stąd gówniarzu bo cię każe zamknąć.
-Mam jeszcze raz zadzwonić? – Werner wyjął telefon z kieszeni. Policjantowi
przypomniało się, z kim rozmawiał przed dziesięcioma minutami.
-Dobra.. zostań, ale masz być spokojny i nic nie odwalać i nie wchodź mi w
drogę. – na twarzy Wernerna pojawił się szeroki uśmiech
-A do kogo on wtedy zadzwonił? – wtrącił się ksiądz. Policjant się speszył
-Do komisarza z komendy głównej policji w Łodzi. – ksiądz zrobił wielkie
oczy, a policjant znów zrobił się czerwony. Dzisiaj często mu się to
przytrafiało z różnych powodów.
-A skąd ty znasz komisarza z komendy głównej w Łodzi? – zwrócił się ksiądz
do Wernera.
-Normalnie... czasem jak kogoś zabiją, to go widuje. Dał mi swoją wizytówkę
– odparł Werner jakby to było coś normalnego
-Powiedziałeś to, jakby bywanie na miejscach zbrodni było dla ciebie chlebem
powszednim.
-Przez ostatni miesiąc faktycznie dość często widuje policje przy pracy. Tak
jakby ktoś podążał moimi śladami i zaznaczał drogę krwią zabitych ludzi. – w
wagonie zapanowała nagła cisza. Nikt się nie odzywał. Nagle ciszę przerwał
głośny grzmot. Chwilę potem słychać było trzask, i uderzenie drzewa o
ziemię. Drzewo upadło tuż obok wagonu restauracyjnego.
Nad pociągiem wzbierała burza.
Odcinek 19: Wejście smoka
Pan policjant miał chyba gorszy dzień. Bardzo nie podobało mu się jak ktoś
sprzeciwiał się jego poleceniom, albo wykonywał je zbyt wolno. Toteż po
pięciu minutach wszyscy obecni w wagonie siedzieli na swoich miejscach i
czekali aż podejdzie do nich policjant i spisze zeznania. Werner siedział
zmieszany obok księdza Andrzeja. Obaj wyglądali śmiesznie. Ksiądz
naburmuszony i obrażony na Wernera siedział do niego plecami, a Werner
uważający, że wszyscy wzięli go za debila, po przemówieniu policjanta na
temat rozwydrzonej młodzieży, której wszystko wolno i nawet na miejscu
zbrodni robi zamieszanie, próbował zniknąć gdzieś, jednak krzesełko dawało
mu małe możliwości manewru. Paru policjantów zajmowało się dokładnymi
oględzinami ciała, co nie podobało się starszym kobietą. Postanowiły
wzniecić bunt. Werner spostrzegł, co się szykuje i zatkał sobie uszy.
Kobiety wybuchły na raz i zaczęły nawijać w takim tempie, że nawet TGV
wymięka. Po paru sekundach szamotaniny i okrzyku policjanta prowadzącego
śledztwo(nie wiadomo jakiej był rangi, mundur nic nie wskazywał) wszystko
ucichło, a krzyczący skomentował to wszystkim zadowolonym „no”. Pół godziny
później kolejka do przesłuchań się kończyła i zostali tylko ksiądz i Werner.
Żeby było szybciej postanowiono przesłuchać ich razem. Mina policjanta
wskazywała na to, że raczej ten pomysł mu się nie podoba, ale jak
najszybciej chce stąd iść. Policjant podszedł do nich, a za jego plecami
wynoszono trupa. Wszystko by było okej, ale nagle trup zwalił się z noszy na
podłogę. Jakaś babcia dostała szału, bo ciało wypadło z worka i martwymi
oczami spojrzało się na nią. Reakcja była natychmiastowa. Torebka raz za
razem lądowała na głowie trupa.
-Co to kur**a ma być?! Nawet wyniesienie jakiegoś walonego grubasa sprawia
wam kłopot? No to nie dziwię się, że jedyne miejsce gdzie was chcieli to, to
nasze zadupie.-
Reakcja na te słowa przeszła najśmielsze oczekiwania. Policjanci migiem
zabrali ciało i się wynieśli.
-Przyjemniaczek. – powiedział Werner do księdza Andrzeja. Policjant jednak
to usłyszał i nie spodobało mu się to.
-Chłopcze.... to może powiesz jak powinno postępować się z takimi ludźmi? –
Werner popatrzył na dość dziwnie miły wyraz twarzy.
-Bo ja kur**a nie mam pojęcia!!! – wrzasnął Wernerowi w twarz. – A teraz
przejdźmy do przesłuchania. Słyszałem, że panowie byli tutaj bardzo
zaangażowani w sprawę. – Ksiądz i Werner siedzieli cicho i spoglądali po
sobie. Ksiądz był ciekaw co zrobi Werner, a Werner nie chciał się wyróżniać
i czekał na reakcję księdza. Policjant zauważył, ze jest ignorowany.
-Co to ma być?! Odpowiadajcie to sobie pojedziecie szybciej.. albo tam gdzie
jechaliście, albo za krateczki. Więc jak? – Werner się obruszył z lekka.
Policjant myślał, że jest lepszy i bardzo się mylił w tej kwestii. Książa
duma została urażona toteż klecha zaczął interweniować.
-Po pierwsze niech pan tak nie wyraża się przy młodzieży, po drugie nie przy
księdzu, ani przy innych ludziach.
-A co mnie to obchodzi? Ja chce tylko wiedzieć kto zabił i tyle. – w tym
momencie zauważył, że Werner gdzieś dzwoni z telefonu komórkowego.
-A ty gdzie dzwonisz? – Werner uciszył policjanta celując palcem wskazującym
w sufit.
-Halo... Werner Cromwell z tej strony... hmm tak.. no.. sprawa jest.. bo
widzi pan, mam trupa.... nie... nieważne skąd. Uhum.. i mam policjanta,
który nie daje sobie rady i wrzeszczy i w ogóle dziwny jest... noo.. tak..
już daję... – Werner odsunął telefon od ucha - proszę...- policjant się
zdziwił, ale wziął telefon
-Słucham...osz w mor...eee tak jest... rozumiem... dobrze... tak
będzie...dziękuję. – Policjant oddał Wernerowi słuchawkę. I w tym momencie
do wagonu restauracyjnego wbiegł potwór, a wrzeszczał przy tym
niesłychanie...
Odcinek 18: Widelec.
Wszyscy spojrzeli w kierunku dziewczyny. Tusz rozmazał jej się po całej
twarzy. Płakała niesamowicie, wydając przy tym dziwne dźwięki. Teraz zaczęła
jeszcze bardziej. Zwrócił się do niej ksiądz.
-Nie płacz dziecko, a ty chłopcze – teraz odwrócił się do Wernera – nie
oskarżaj bezpodstawnie kogo się da. Skąd możesz wiedzieć, że to ta
dziewczyna zabiła? Nikt nic nie widział, chociaż ona właściwie powinna, bo
siedziała obok niego. – zreflektował się ksiądz.- W każdym bądź razie teraz
się tego nie dowiemy. Poczekajmy wszyscy z osądami, aż zatrzymamy się na
stacji i sprawą zajmie się policja. – Werner popatrzył z politowaniem na
księdza Andrzeja. Ksiądz udawał pewnego siebie, chciał pokazać, że umie
zapanować nad sytuacją. Nie szło mu coś bo ludzie zaczęli szemrać jeszcze
bardziej.
-Ale to musiała być ona... a jeśli nie to z całkowitą pewnością wie kto
zabił tego mężczyznę. – ksiądz się obruszył z lekka.
-Chłopcze, mówiłem ci już, żebyś przestał. Skąd możesz to wiedzieć? – Werner
zdenerwował się ignorancją księdza. Jego ton głosu podniósł się stanowczo.
-Bo tylko przy talerzu tej pani nie ma widelca!!! I niech ksiądz zgadnie
gdzie jest ten widelec teraz! – W tym momencie nastąpiła chwila
konsternacji. Ludzie otaczający Wernera, księdza i denata na podłodze
zaczęli przetrawiać nawał informacji, a ksiądz stał jak wryty w przerażeniu.
Prostytutka niczym najwyraźniej się nie przejęła, albo po prostu głośniej
płakać już nie umiała. W końcu zwrócił się do niej ksiądz Andrzej.
-Dziecko, czy możesz na chwilę się uspokoić? Nikt cię na razie nie oskarża,
chcemy tylko wyjaśnić zaistniałą sytuację. – Kobieta popatrzyła na księdza
jak na wariata i wybuchła:
-Ale ja nic nie zrobiłam!!! Naprawdę.. – płacz był dla Wernera nie do
zniesienia. Nawet już przestał zajmować się całą sprawą, bo nagle
przypomniał sobie, że zostawił babcię i nie wie gdzie jest. Ale chyba więcej
kłopotu nie narobi niż tutaj. A babci nic się nie stanie, bo tak wielkie
szczęście, żeby babcie cholera wzięła (Werner modlił się o to codziennie od
9 roku życia, a teraz wszyscy się dziwią czemu jest ateistą) nie ma
możliwości zajścia, chyba że zdarzy się cud. Wtem odezwał się kelner zza
lady.
-Przepraszam, ale tak z ciekawości policzyłem zapasowe sztućce na zapleczu.
Obawiam się, że jednego brakuje. Możliwe, że upadł gdzieś, zawieruszył się
po prostu. – Werner miał obawy, że mógł się jednak nie zawieruszyć, a skoro
jest tak możliwość to sprawa komplikuje się jeszcze bardziej bo pojawia się
ktoś trzeci. Jedynym sposobem, żeby się dowiedzieć kto jest wypytanie
dziewczyny.
-Musi się pani jednak uspokoić, bo my chyba powinniśmy porozmawiać.- Ksiądz
się obruszył
-Chłopcze, czemu nagle przejąłeś inicjatywę? Przecież ty nawet pełnoletni
pewnie nie jesteś. Jest tutaj gdzieś twój opiekun?
-Niech ksiądz się zamknie bo nie ręczę za siebie.- Wernera powoli zaczynała
denerwować ta sytuacja, ale starał się panować nad sobą.
-Osz... Jak śmiesz tak mówić do duchownego? Ta młodzież. Jeszcze w takiej
sytuacji śmie pyskować – oburzyła się jakaś starsza kobieta z tłumu. Zaraz
po złowrogim spojrzeniu Wernera w jej kierunku schowała się za czyimiś
plecami. Na całe szczęście dla ludzi w wagonie(Werner miał już zamiar
wychlastać wszystkich w koło) pociąg zaczął się zatrzymywać. Dziesięć minut
później do wagonu wszedł pan policjant. I pierwsze, co zrobił to nie
spojrzał na trupa, ale na ubranego w koszule z koloratką chłopaka, z
warkoczem do pasa.
-A to co do cholery ma być??
|
|
|